Politolog zdawał sobie sprawę, że jednobiegunowy świat nie obędzie się bez globalnego syndykatu tajnych służb. Intelektualna prowokacja Fukuyamy okazała się prorocza. Zanim postawił ostatnią kropkę nad „i” w Polsce wybuchła „wojna na górze”, sprowokowana rzecz jasna przez nowy urząd od ochrony państwa. Później deep state aktywnie uczestniczył we wszystkich aferach i skandalach III RP. Ten powszechny pogląd podziela także Bartłomiej Sienkiewicz. Fantazja, odziedziczona zapewne po pradziadku podpowiedziała pułkownikowi, że to służby wkręciły go w pijatykę, utrwaliły jej przebieg i pchnęły kraj w stronę wojny domowej. Podobny poziom egzaltacji co prawnuk noblisty osiągnęła aktywistka Klementyna Suchanow. W dziele „To jest wojna” zdemaskowała prawdziwą naturę Ordo Iuris. Towarzyszce koordynatora wyszło, że fundacja to podżegacz i delegatura GRU.
Na świecie wcale nie było lepiej. Po gwiezdnych wojnach, które były ostatnim akordem Zimnej Wojny, początek trzeciego tysiąclecia przyniósł kolejne konflikty ze sprawstwem kierowniczym tajnych służb. Dwie globalne wojny, tj. z narkotykami i terroryzmem to nawet nie koniec początku. Celne, handlowe, religijne, kulturowe, surowcowe, z ociepleniem, z wirusem oraz tradycyjna, bliskowschodnia to tylko niektóre przykłady tajnych operacji, prowadzonych przez posępnych panów z referentką.
Służby, same o sobie mówią, że są na permanentnej wojnie. Adwersarz czujnie czeka na chwile operacyjnej słabości i organizacyjnego rozluźnienia. W realu nie ma tu jednak żadnych kognitywnych okopów, cybernetycznych redut i drugiego dna. Zero romantyzmu i tyle samo heroizmu, za to sporo altruizmu, bo żołd w formacjach mundurowych jest nadal tylko dla odważnych.
Barbarzyńska napaść Rosji na Ukrainę powinna zmienić w tym aspekcie wszystko. Tajniacy mieli wyjść zza biurek i ruszyć na front za miedzą. Choć Premier Donald Tusk z marsową miną regularnie obwieszcza ostateczny koniec pokojowego współistnienia narodów nikt nie bije w tarabany. Zakładowe bufety tętnią towarzyskim życiem, funkcjonariusze jeżdżą na planowe urlopy i robią morfologie w resortowym ZOZ-ie. Punkt szesnasta kończą dyżur i udają się do domów. Ci w stanie spoczynku siedzą w domach w trybie ciągłym. Wojna domowa, czyli nowe oblicze „Drôle de guerre”.
Pobór do cywila
To, co na pewno stanie się udziałem prawie każdego funkcjonariusza to powrót do życia w cywilu. Przez dekady etat w służbach łączył się z hipnotycznym benefitem rodem z PRL, czyli z wcześniejszą emeryturą. Miała to być rekompensata za nienormowany czas pracy oraz stres i dyskomfort psychiczny, towarzyszący podsłuchiwaniu innych. Jednym z powodów odejść jest „wypalenie”, czyli choroba zawodowa tajniaka. „Wypalony” traci motywacje i zapał, bo się już namanipulował i nazamiatał spraw pod dywan. Pożegnania to również efekt wyborów. Roszady, czystki, przeszeregowania, przetasowania i zsyłki to powyborczy rytuał. Jeżeli pan kapitan „nie wpisuje” się w nową koncepcję, to musi szukać sobie innej, zawodowej alternatywy i żaden pełnoskalowy konflikt tego nie zmieni. Zwolnić oficera niełatwo, więc deleguje się go na tyły, czyli do archiwum lub leśnego ośrodka doskonalenia zawodowego. Inna możliwość kształtowania kapitału ludzkiego to pobory. Zgodnie ze służbową pragmatyką, te w dużym stopniu zależą od kilku małych literek w treści rozkazu personalnego. Przed ostatecznym „zluzowaniem” trzeba o nie zadbać, bo to przełoży się na wysokość emerytury. Gdy szanse na poprawę warunków płacowych w macierzystej formacji są niewielkie, bo „pan major się nie wpisuje”, to pan major się wypisuje i wędruje od jednej służby specjalnej do drugiej służby specjalnej, aby wreszcie się do jakiejś koncepcji dopasować. Migracja zarobkowa utrudnia przy okazji obcym wywiadom infiltracje aparatu, bo jego kadry są w ciągłym ruchu okrężnym. No chyba, że kogoś „strzelą w ucho”, to ekosystem służb mają na łopatkach.
Obok nas żyją tysiące byłych tajniaków III RP. Emeryci w sile wieku oraz cywile, którzy nie doczekawszy prawa do benefitu hipnotycznego zmienili branżę. Armia ludzi, z których część zajmowała się profesjonalnie inwigilacją. Przejście w stan spoczynku, po latach praktyki na odcinku machinacji i kombinacji łatwe nie jest. Teraz będą musieli kombinować jak odnaleźć się wśród normalnych ludzi, a nie figurantów.
Nieznośna lekkość bytu
Lepiej zaopatrzeni emerytalnie zajmują się tym, na co nie mieli czasu, prowadząc podwójnych agentów i podwójne życie. I tak byli oficerowie kontrwywiadu pilnują wnuków, spacerują, zmieniają diety, malują ściany i uszczelniają przecieki (hydrauliczne). Ubogie życie towarzyskie urozmaicają spotkania z kolegami z „firmy”, aby powspominać, jak odwracali kota ogonem i ukręcali sprawom łeb.
Ci z gorszą emeryturą szukają pracy. Okazało się, że ich specyficzne kwalifikacje i umiejętności na pracodawcach wrażenia nie robią. Wręcz przeciwnie. Podejrzewają ich, że ktoś tu ich przysłał, wiadomo po co. W administracji jeszcze gorzej. Służył pan innej opcji, więc mamy lepszych kandydatów, z naszej opcji. Identycznie w przypadku publicznych czeboli. Trochę lepiej w szkolnictwie, bo kierunki związane z bezpieczeństwem są modne, a szpieg-wykładowca to zawsze jakieś urozmaicenie w grafiku zajęć. Najbardziej potrzebujący zajmują się czymkolwiek. Bywa, że niepozorny kierowca Ubera wcześniej prowadził wywiadowcze gry. Rekonwersja à la polonaise.
Błogostan trwa w najlepsze. Sport, relaks, lekarz-specjalista. Nagle z idyllicznego letargu tajniaków wyrywa wojna. Na tyle bliska, że w zasięgu rozpoznania płytkiego wywiadu. Nowoczesna, bo co najmniej czteroprzymiotnikowa. No i najważniejsze – „poniżej progu konfliktu zbrojnego”, czyli igrzyska i festiwal tajnych służb. Rozeszło się po mieście, że będzie branka.
„Uwaga, uwaga nadchodzi!”
Zanim nadejdzie, trzeba rozliczyć. Przesłuchania, zatrzymania, zarzuty, audyty, komisje śledcze, czarny PR. W rolach głównych zdemobilizowani funkcjonariusze. Flagowy przykład, to ściganie winnych podstępnej kasacji jednostek terenowych ABW, której nie było, oraz defilada oficerów specsłużb przed komisją Nadkomisarz Magdaleny Sroki. Ten wątek jest obecny także w subkulturze. Sfinansowany przez TVP w likwidacji (takiej samej jak delegatury) serial „Wojna zastępcza”, podobno opowiada właśnie o wyczynach protoplastów funkcjonariuszy ostatniej ośmiolatki.
Tymczasem trwa barbarzyńska inwazja Rosji na Ukrainę. U nas wojna jest hybrydowa, czyli ni pies, ni wydra. Władza śle jednak w naród alerty o zbliżającej się nieuchronnie pożodze. Premier już w ubiegłym roku obwieścił, że czasy powojenne mamy definitywnie za sobą. Rada Ministrów stała się gabinetem wojennym. W jego składzie znalazł się oczywiście Premier Krzysztof Gawkowski. Bez wytchnienia i z nutą emocji informuje o milionach cyberataków na wszystko co się w Polsce rusza. Pod tym względem jesteśmy już w G1. Armia rosyjskich hakerów usiłuje kraj sparaliżować odcinając media, dezorganizując transport, torpedując przelewy i unieruchamiając administrację. Digitalna hekatomba. Ale wrogie algorytmy to nie wszystko. Do gry wchodzi zawsze zabawnie nieporadny Tomasz Siemoniak. Koordynator, któremu doradza inny Tomasz, Tomasz Piątek. Rosyjskie służby specjalne są wszędzie. Podpalają, naklejają wlepki, wysadzają, sabotują i obserwują. Pododdziały jednorazowych zielonych ludzików przedarły się już przez granice. Sieją zniszczenie i tzw. zamęt oraz fotografują z ukrycia transporty i zgrupowania wojsk, w tym okolicznościowe defilady. Wszystko za marne kryptogrosze, bo to nowy środek płatniczy GRU.
Kiedyś obce wywiady werbowały tajnych informatorów, teraz werbują tajnych dezinformatorów, którzy wprowadzają społeczeństwo w krytyczny błąd. Kraj się militaryzuje. Drony i balony nam nie straszne, bo mamy już swoje, lepsze. Przechwycimy intruza na lądzie, na morzu i w powietrzu. „Jest SAFE”, zapewnia Ministerstwo Obrony, które na gwałt szuka rekruta, żeby to wszystko obsłużyć.
Aby spotęgować siłę rządowego przekazu, władza zwerbowała do pomocy czynnik społeczny. Rzesza samozwańczych speców od służb, geogospodarki, geopolityki i sztuk walki chóralnie grzmi o stanie wojennym. O wojnach hybrydowych, kognitywnych, asymetrycznych, kinetycznych, bezobjawowych i informacyjnych mogą bez końca. Słychać, widać i czuć, że wróg podstępnie spenetrował tkankę organizmu państwowego, a teraz dobiera się do ośrodków percepcji naszych rodaków. W reakcji w KPRM tworzy się nowiutki departament biurokratów. W jego kadrach resztówka po komisji gen. Stróżyka. W obliczu nieuchronnego ataku Polska się okopuje i kamufluje. Wzmacnia istniejące przymierza i szuka nowych sojuszników. Raz po raz wyją syreny próbnych alarmów i tylko czasami bez sensu. Trwają poszukiwania zaginionych schronów i zbłąkanych rakiet, a Borne Sulinowo czeka na amerykańskich G.I.
Aby zagrożenie miało odpowiedni „impact” Prezes RM umiędzynarodawia go. Przy okazji kolejnej rocznicy zamachów na WTC w Nowym Jorku mówi, że dostał od Szefa CIA tajny raport. Pytany w Bratysławie o jego zawartość zdawkowo rzuca, że w Langley nie wykluczają różnych scenariuszy. Tak samo lakoniczna i tajemnicza jest pani Minister Obrony. „Odparliśmy właśnie atak na przejście graniczne”. Co i jak pary nie puszcza. Gra pozorów czy wojna nerwów?
Najważniejszym jednak elementem systemu bezpieczeństwa jest rozpoznanie i ocena zagrożenia, a od tego są tajne służby. Premier, który nigdy ich nie lubił (z wzajemnością), wreszcie je polubił. „Wydalić element niepewny i zewrzeć szeregi” – zadekretował tajne pismo od Siemoniaka. Forsa na wymianę grzejników, nowe auta dla funkcyjnych i przyjazną środowisku inwigilację polała się strumieniami. W ciągu niespełna doby, odtworzono zdradziecko zlikwidowane delegatury. Tabuny tzw. enkarzy trafiły do znacjonalizowanej i zmilitaryzowanej gospodarki. Bezpieczeństwa PKN Orlen będzie strzegł starszy specjalista Andrzej Rozenek. Infrastruktura krytyczna odetchnęła z ulgą.
W obliczu nowych wyzwań brakuje ludzi. Służby ruszyły na polowanie na adeptów tajnego rzemiosła. Łowcy głów z Rakowieckiej pojawili się na targach pracy, na sieciowych platformach, na uczelniach i w pośredniakach. Oferują średnią krajową, dodatek mieszkaniowy, przygody, etos i patos. Zgłosiło się tysiące. Za sześć, siedem lat niektórzy osiągnął bazowy stopień wtajemniczenia.
Aby uświadomić Polakom rozmiar zagrożenia, Premier w kwietniu jeszcze raz wchodzi na trybunę sejmową i ogłasza. Zondacrypto to nie żadna lewa giełda, lewych walut. To największa w dziejach operacja rosyjskiego wywiadu na ziemiach polskich. Są też wory w zakonie. Ten dramatyczny i kategoryczny komunikat ostatecznie wybudził z emerytalnego letargu byłych oficerów tajnych służb. Na apel Premiera o „wszystkie ręce na pokład” odpowiedzieli bez chwili wahania.
Branka
Wyszkoleni przez CIA i nie tylko, doświadczeni, ostrzelani. Kompetentni, elokwentni, zdeterminowani. Zdemobilizowani oficerowie bezzwłocznie wypełniają ankiety i aplikują do służby w ABW. Agencja pilnie szuka chętnych do kontrwywiadu, zwalczania terroryzmu oraz analityków i ekspertów IT. W rubryce dot. motywacji przytaczają parafrazę odezwy Premiera. Wysyłają, czekają, ale odpowiedzi nie ma. W kilku przypadkach agencyjny komputer generuje zdawkowy tekst. „Dziękujemy za zgłoszenie. Znaleźliśmy kandydatów lepiej spełniających kryteria poszukiwań”. Trudno, ale skoro rosyjscy dywersanci podchodzą już pod Warszawę, konsekwentnie szukają styku z byłymi zakładami pracy. Tym razem przez znajomych w służbie. Jednak i w tym przypadku telefony milczą. Lekko zaskoczeni, decydują się aplikować na stanowiska z ich specjalności, oferowane przez administrację rządową, spółki skarbu państwa, spółki komunalne i samorządy. Rutynowa odpowiedź brzmi: nie spełnia pan/pani naszych oczekiwań. W tej sytuacji niektórzy piszą listy do posłów z prośbą o interwencję, bo skoro kraj w potrzebie, to trzeba działać. Głuche i coraz bardziej wymowne milczenie. Kilkoro zwraca się listownie wprost do Premiera i Koordynatora. Apelują o pomoc, która nie nadchodzi. Zatem o co chodzi?
Być może nieuchronne zagrożenie to fake story. Nie dzieje się nic albo prawie nic, o czym władza z taką śmiertelną powagą mówi. Przesłanka. Jeżeli ruskich w Polsce jest tylu, ilu w aferze Zondacrpyto, aferze wizowej, czy aferze podsłuchowej to rząd buja. Członkowie gabinetu wojennego albo żartują, albo demonizują, albo są źle poinformowani. Druga opcja. Zagrożenie faktycznie istnieje, ale emeryci-ochotnicy faktycznie nie mają odpowiednich kwalifikacji. Możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne, bo do tej pory je mieli. Wreszcie trzecia możliwość. Zagrożenie istnieje, potrzeby są, doświadczenie mają, ale są po prostu „non grata”. Brudni, odrażający, źli. Za to giermek Goebbelsa stanu wojennego jak najbardziej.
W przededniu wojny, Władysław Broniewski napisał żarliwy wiersz „Bagnet na broń”. W obliczu realnego zagrożenia, poeta apelował do swoich politycznych towarzyszy, aby bez względu na różnice poglądów i stosunek do sanacyjnej Polski stanąć w jej obronie. Być może potrzebny jest podobny, liryczny apel, ale w tym przypadku do władz. Może obok legii cudzoziemskiej i wojsk zaciężnych do tropienia szpiegów, sabotażystów i ochrony granic wykorzystać krajowy szwadron byłych funkcjonariuszy. Ich umiejętności i determinacja na pewno nie są mniejsze niż sojuszników z NATO. Jeżeli Premier coraz częściej mówi o piątym artykule Traktatu Północnoatlantyckiego, dlaczego traktuje ich jak piątą kolumnę. Na razie w cywilu i demobilu prowadzą dziwną wojnę domową.
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.
