Dyktat Timmermansa
  • Jakub WozińskiAutor:Jakub Woziński

Dyktat Timmermansa

Dodano: 11
Frans Timmermans
Frans Timmermans / Źródło: PAP/EPA / Balazs Mohai
Nowa unijna strategia – Fit for 55 – zakłada jeszcze większe przyspieszenie zielonej transformacji, choć już dziś generuje ona najwyższe na świecie koszty. Polska stała się niewolnikiem unijnej polityki zabijania wzrostu gospodarczego.

O potrzebie ograniczenia emisji szkodliwych związków do atmosfery mówią dziś zgodnym głosem rządzący na całym świecie. Nikt jednak nie przekłada tego na czyny w sposób tak zapamiętały i nieliczący się ze zdrowym rozsądkiem jak unijni przywódcy. Unijny komisarz ds. klimatu Frans Timmermans na każdym kroku szczyci się tym, że Unia jest światowym pionierem w sprawie klimatu. Ogłoszona właśnie strategia Fit for 55 to jedynie wstęp do kolejnej zielonej ofensywy, gdyż zgodnie z niedawną uchwałą Parlamentu Europejskiego za jakiś czas opracowane mają zostać jeszcze bardziej radykalne cele do osiągnięcia do 2040 r. Czy w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Odpowiedź jest niestety twierdząca, gdyż narzucając ekspresowe tempo zielonej transformacji, Unia chce jednocześnie wymusić, aby podobne standardy obowiązywały także w krajach, których zwyczajnie na to nie stać. Europejski Zielony Ład tworzy pozory odpowiedzialnej walki z klimatycznymi przemianami, lecz jego ostrze wymierzone jest w kraje rozwijające się.

Cała zielona naprzód

Teoretycznie obecny czas sprzyja wprowadzaniu w życie regulacji, które narzucają dodatkowe obciążenia finansowe. Wciąż nie wiadomo, kiedy zakończą się gospodarcze zawirowania związane z koronawirusem, które do tej pory spowodowały zauważalny wzrost inflacji, bezrobocia, deficytów budżetowych, długu publicznego oraz liczby bankructw na całym kontynencie. Z perspektywy Komisji Europejskiej to jednak idealny moment na to, aby jeszcze bardziej podkręcić tempo zielonej transformacji. Wyrazem tego jest ogłoszony właśnie pakiet Fit for 55, który przewiduje ograniczenie emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 55 proc. do 2030 r. Do tej pory zakładano redukcję o 40 proc., co samo w sobie stanowiło niezwykle wyśrubowany cel. Parlament Europejski domagał się nawet 60 proc., lecz ostatecznie jego propozycja została odrzucona. Aby zrealizować postawiony sobie cel, Komisja Europejska ma do dyspozycji wiele narzędzi.

Najważniejsze z nich to unijny system handlu uprawnieniami do emisji (ETS), dyrektywa w sprawie opodatkowania energii oraz mechanizm granicznego podatku węglowego. Dodatkowo planuje się wprowadzić także wiele nowych przepisów, m.in. w zakresie motoryzacji oraz budownictwa. W ramach pakietu Fit for 55 przewiduje się, że systemem handlu uprawnieniami do emisji mają zostać objęte kolejne branże, m.in. transportu morskiego oraz ciepłownicza. Oprócz tego planuje się stworzenie osobnego systemu handlu uprawnieniami dla budownictwa i transportu. Włączenie kolejnych branż do ETS skończy się w łatwy do przewidzenia sposób, gdyż już dziś handel uprawnieniami stał się przedmiotem daleko idących spekulacji. Jeszcze w 2014 r. średnia cena emisji tony CO2 kosztowała średnio 5,88 euro. Obecnie jest już nawet 10 razy wyższa, co oznacza, że przy obecnym poziomie emisji polskich elektrowni polskie państwo musi rocznie płacić za uprawnienia kwotę ok. 25 mld zł.

Jak nietrudno się domyślić, koszty tych zmian zostaną ostatecznie przesunięte na polskiego podatnika. Z włączenia nowych branż do systemu ETS i utworzenia nowego systemu handlu uprawnieniami dla innych branż najbardziej ucieszą się wielkie fundusze inwestycyjne, które od wielu miesięcy zarabiają na unijnym „rynku uprawnień” ogromne pieniądze. Zachęca je do tego sama postawa Unii Europejskiej, która swoimi nieokiełznanymi zielonymi ambicjami wysyła jasny sygnał, że handel uprawnieniami będzie coraz bardziej intratny. Dodatkowo wzrost cen uprawnień nasilił się szczególnie w ciągu ostatniego roku, co pozwala sądzić, że wykreowana przez banki centralne „finansowa płynność” powędrowała m.in. właśnie do systemu ETS.

Walka z wysokoemisyjną konkurencją

Znaczne koszty będą także generowane w związku z planowanymi zmianami w mechanizmie granicznego podatku węglowego (CBAM). Unia Europejska chce za jego pomocą nałożyć wyższe cła na importowane spoza jej terytorium stal, aluminium, cement, nawozy rolnicze oraz prąd. Nie wiadomo jeszcze, jak wysokie miałyby być stawki, lecz wedle wstępnych założeń musiałyby odpowiadać poziomowi cen wywindowanych przez system ETS. To zaś oznacza, że począwszy od 2023 r., Unia Europejska pozbawiłaby się dostępu do tanich materiałów, surowców i energii dostarczanych m.in. z Turcji, Białorusi i Ukrainy. Mechanizm CBAM jest przedstawiany jako szczytna idea, rzekomo wyrównująca szanse, a jednocześnie chroniąca europejski rynek przed konkurencją spoza wspólnoty. Tak właśnie przekonują m.in. przedstawiciele polskiej branży cementowej, którzy ostrzegają przed lawinowym wzrostem importu zza wschodniej granicy. W gruncie rzeczy jednak lawinowego wzrostu importu nigdy by nie było, gdyby nie system ETS i inne przepisy, które znacząco podniosły ceny w całej Unii. System handlu uprawnieniami, którego wartość przekracza już ponad 200 mld euro rocznie, uruchomił swego rodzaju tsunami kosztów, które rozchodzi się obecnie po całej unijnej gospodarce i czyni ją coraz mniej konkurencyjną względem gospodarek innych państw.

Pakiet Fit for 55 ma wreszcie za zadanie jeszcze bardziej zwiększyć poziom inwestycji w odnawialne źródła energii (OZE). W 2018 r. Unia wyznaczyła cel zakładający, że do 2030 r. udział OZE w miksie energetycznym ma osiągnąć poziom 32 proc. Zaledwie po trzech latach plany te okazały się już nieaktualne, gdyż obecnie mowa jest już o nawet 40 proc. Oznacza to, że w ciągu najbliższych lat poziom inwestycji w tym obszarze będzie musiał wzrosnąć w bezprecedensowy sposób. Determinacja eurokratów jest tak wielka, że zamierzają nawet zlikwidować rozmaite biurokratyczne procedury, aby tylko powstało jak najwięcej farm wiatrowych. To, co w innych obszarach gospodarki jest praktycznie niemożliwe, w obszarze zielonej polityki nagle staje się wykonalne. Ogromnym inwestycjom w OZE towarzyszy niestety coraz bardziej zauważalny wzrost cen energii. W Niemczech w latach 2006–2019 wydano na ten cel ponad 150 mld euro, a ceny prądu dla gospodarstw domowych wzrosły w tym samym czasie o 57 proc. Cele zawarte w pakiecie Fit for 55 sprawiają, że ceny energii będą rosły jeszcze bardziej, ponieważ dalszemu wzrostowi ulegną opłaty na rzecz OZE. Niezwykle niepokojące w pakiecie Fit for 55 jest przy tym to, że unijne władze zaczęły po raz pierwszy tak kompleksowo narzucać obywatelom nowy styl życia. Europejski Zielony Ład przestaje być programem mającym bezpośredni wpływ głównie na przemysł i przechodzi do fazy, w której obywatelom zaczyna się dyktować, jak często mają podróżować czy jakie mają posiadać auta. Zasłaniając się koniecznością ocalenia planety, eurokraci chcą przejąć jeszcze większą kontrolę nad naszym życiem.

Globalny podatek od emisji

O tym, że unijne elity są w pełni świadome tego, jak wielkim balastem dla gospodarki całego kontynentu są przyjęte zielone rozwiązania, świadczy najlepiej fakt, iż niedawno na spotkaniu państw grupy G20 minister finansów Francji Bruno Le Maire zgłosił propozycję ustanowienia obowiązującego globalnie minimalnego zakresu cen emisji dwutlenku węgla. Podczas gdy w Unii Europejskiej wynosi ona obecnie ok. 58 euro, średnia cena dla całego świata to zaledwie 3 dol. Eurokraci chcą więc – przy współpracy ze Stanami Zjednoczonymi i z innymi najbardziej rozwiniętymi państwami świata – zmusić resztę państw do tego, aby również związały swoje gospodarki zielonymi pętami. Francuska propozycja cieszy się sporym poparciem, gdyż z punktu widzenia najbogatszych państw na świecie to wręcz idealny sposób na to, aby pozbyć się konkurencji ze strony krajów rozwijających się. Jeśli dodatkowo w różnych miejscach świata będą ewentualnie powstawały lokalne rynki handlu uprawnieniami do emisji, to beneficjentami takiego rozwiązania będą oczywiście podmioty finansowe z krajów zachodnich.

Z dzisiejszej perspektywy widać także dokładnie, dlaczego biznesowe i lewicowe elity tak bardzo uwierała prezydentura Donalda Trumpa. Wycofując Stany Zjednoczone z porozumienia paryskiego, wstrzymał na cztery lata bardzo zaawansowane prace na rzecz wprowadzenia obowiązujących globalnie rozwiązań podatkowych oraz z zakresu zielonej transformacji. Dzisiaj, gdy wyprowadził się już z Białego Domu, ruszyła prawdziwa lawina projektów, które uderzają najmocniej w całą aspirującą do dołączenia do grona najbogatszych grupę państw, w tym oczywiście Polskę.

Cios zadany Polsce

Nie od dziś wiadomo, że jednym z krajów najbardziej poszkodowanych przez Europejski Zielony Ład będzie Polska. Na unijnej liście największych emitorów CO2 zajmujemy wysokie, czwarte miejsce, które czyni nas krajem szczególnie podatnym na wszystkie zielone regulacje. Unia Europejska stawia co roku coraz dalej idące cele do realizacji, a te zaproponowane w ramach pakietu Fit for 55 uderzają bezpośrednio w polskie interesy, m.in. poprzez plany ograniczenia emisji gazów cieplarnianych w zakresie transportu. Dodatkowo polska gospodarka ucierpi mocno także w następstwie planowanych zmian w branży motoryzacyjnej. W naszym kraju znacząca część produkcji nastawiona jest na produkcję części i komponentów potrzebnych do samochodów z tradycyjnymi, spalinowymi silnikami. Po wprowadzeniu nowych standardów część zakładów może zostać zwyczajnie zamknięta lub ograniczyć swoje moce przerobowe. Unijna obsesja może zresztą przynieść ogromne zawirowania nie tylko dla biznesu, lecz także dla zwykłych obywateli. Według niektórych źródeł coraz poważniej rozważany jest całkowity zakaz sprzedaży aut z silnikami spalinowymi do 2035 r. W dłuższej perspektywie pociągałoby to także za sobą wprowadzenie całkowitego zakazu korzystania z aut spalinowych. Skutki takich przepisów miałyby wręcz fatalny skutek dla wszystkich konsumentów, gdyż znacząco obniżyłaby się wówczas dostępność środków transportu.

Jednocześnie taki krok oznaczałby wielką korzyść dla najbogatszych państw Unii, które od wielu lat dotują własne koncerny samochodowe i narzucają całej wspólnocie regulacje zabezpieczające ich interesy. Niemieccy czy też francuscy producenci aut, którzy w ostatnich latach zostali w zakresie nowych technologii mocno w tyle w porównaniu ze swoimi azjatyckimi konkurentami, uzyskują dzięki Europejskiemu Zielonemu Ładowi nowy impuls do rozwoju. Plany wysokich dopłat do zakupu elektrycznych aut zawarte są zresztą nawet w Polskim Ładzie, który finansowałby w ten sposób rozwój zachodnich koncernów motoryzacyjnych. Przedstawiony przez Komisję Europejską pakiet Fit for 55 ma teraz przejść etap długich konsultacji z państwami członkowskimi. Jak jednak pokazuje dotychczasowe doświadczenie w obszarze zielonej agendy, Unia Europejska nie dopuszcza żadnego większego głosu sprzeciwu. Na większe ustępstwa nie ma zresztą co liczyć, ponieważ unijnym komisarzem ds. klimatu jest obecnie Holender Frans Timmermans, który wcześniej mocno dawał się Polsce we znaki, kwestionując rzekome łamanie przez nią zasad praworządności.

Polski rząd stara się bagatelizować zaistniałe zagrożenie, przekonując, że zostanie ono zrekompensowane wielkim zastrzykiem finansowym w postaci unijnych dotacji oraz środków ze specjalnych mechanizmów wsparcia. Gdyby jednak Polska miała otrzymać nawet najwięcej pieniędzy ze wszystkich państw członkowskich, to i tak głównym beneficjentem całego Europejskiego Zielonego Ładu będą kraje dostarczające zielonych technologii, które zapewniają sobie w ten sposób ogromny rynek zbytu. Już wkrótce nasza gospodarka zacznie płacić za pasywność wobec ekoradykalizmu coraz wyższą cenę w postaci rosnących cen, upadku całych branż czy też rosnącego dystansu dzielącego nas od najbogatszych państw. Zielona transformacja to wielki biznes, w którym Polska dopłaca niestety do sukcesu innych.

Cały artykuł dostępny jest w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

-
 11
Czytaj także