• Witold RepetowiczAutor:Witold Repetowicz

Zdrada Arabów

Dodano: 
Wydobycie ropy naftowej, zdjęcie ilustracyjne
Wydobycie ropy naftowej, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Flickr / Global Panorama / CC BY-SA 2.0
Wspólna decyzja arabskich producentów ropy oraz Rosji o zmniejszeniu produkcji o 2 mln baryłek dziennie jest uderzeniem w USA oraz personalnie w prezydenta Joe Bidena.

Otwartym pytaniem jest jednak to, jaką cenę przyjdzie za to zapłacić Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom Arabskim. Demokratyczni kongresmeni chcą zerwania współpracy militarnej z tymi państwami.

Stosunek polityków Partii Demokratycznej, w tym również Bidena, do grającej pierwsze skrzypce w naftowym kartelu OPEC Arabii Saudyjskiej, rządzonej przez Mohammada bin Salmana, od dawna jest bardzo krytyczny. Chodzi w szczególności o zbrodnie popełniane przez siły arabskiej koalicji pod przywództwem Saudów oraz Emiratów w Jemenie oraz bestialskie zabicie saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego, współpracującego z dziennikiem „Washington Post”. To jednak tylko czubek góry lodowej. Już w czasie wyborów w 2016 r. gorącym tematem była rola niektórych saudyjskich instytucji w zamachu na WTC 11 września 2001 r. Nie bez znaczenia jest również spadek akceptacji amerykańskiej opinii publicznej dla współpracy z nieprzestrzegającymi praw człowieka reżimami, do których niewątpliwie zalicza się saudyjska monarchia. Według przeprowadzonego we wrześniu 2022 r. badania opinii publicznej aż 70 proc. Amerykanów było przeciwnych sprzedaży broni Arabii Saudyjskiej.

Saudyjski następca tronu dobrze dogadywał się z Donaldem Trumpem, który już na początku kadencji uzgodnił z nim gigantyczny kontrakt zbrojeniowy. Późniejsze odstąpienie przez Trumpa od porozumienia nuklearnego z Iranem, wyłączające irańskie węglowodory z rynku, również służyło sunnickim monarchiom, podobnie zresztą jak Rosji, z którą amerykańscy sojusznicy w Zatoce zaczęli wówczas zacieśniać współpracę w ramach formatu OPEC+. Administracja Trumpa bezkrytycznie wspierała też operację sunnickiej koalicji pod przywództwem Arabii Saudyjskiej i Emiratów przeciwko szyickim sojusznikom Iranu w Jemenie, tj. Hutim, którzy przejęli tam władzę. Od co najmniej 2019 r. w Kongresie narastał jednak sprzeciw wobec dalszego zaangażowania USA w wojnę w Jemenie, co przełożyło się na, skutecznie zawetowaną przez Trumpa, ustawę.

Ropa powyżej 100 dol.?

Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy Biden został prezydentem, a demokraci uzyskali większość w obu izbach Kongresu. Sam Biden jeszcze w czasie kampanii wyborczej odgrażał się, że zmieni Arabię Saudyjską w państwo-pariasa. I być może tak by się stało, gdyby nie potrzeby światowego rynku energetycznego, wywołane agresją rosyjską na Ukrainę. Mohammed bin Salman nie szczędził wówczas amerykańskiemu przywódcy afrontów, a pod koniec 2021 r. pojawiła się informacja o planowanej współpracy saudyjsko-chińskiej w produkcji rakiet balistycznych. Biden, mimo krytyki ze strony własnej partii, postanowił jednak zjeść żabę i spotkać się z saudyjskim księciem. W połowie lipca odbył się szczyt w Dżuddzie, który jednak nie przyniósł jednoznacznych rezultatów. Wprawdzie USA doprowadziły do przyjęcia wielu ustaleń pogłębiających współpracę na różnych polach, ale w kwestii zwiększenia wydobycia Mohammad bin Salman zadeklarował jedynie wymijająco zwiększanie mocy produkcyjnych o 1 mln baryłek dziennie do 2027 r.

Latem sytuacja na rynku ropy nie była jednak dramatyczna, na co wpłynęły spowolnienie gospodarcze oraz obawy przed nawrotem pandemii. W chwili wybuchu wojny baryłka ropy WTI kosztowała 92 dol., po czym do 7 marca jej cena wystrzeliła na 123 dol., ale w chwili szczytu w Dżuddzie obniżyła się do 96 dol. i dalej spadała. Tydzień przed szczytem OPEC+ kosztowała 77 dol., ale do 7 października cena wzrosła ponownie do 93 dol., a analitycy przewidują, że do końca roku jej cena przekroczy 100 dol.

Przedstawiciele OPEC+ twierdzą, że powodem cięć była konieczność „stabilizacji cen” w związku z ich spadkiem, spowodowanym globalnym spowolnieniem gospodarczym. Zgadza się z tym część ekspertów, którzy wskazują na pojawienie się nadwyżki na rynku ropy, spowodowanej m.in. wzrostem produkcji w USA o 700 tys. baryłek dziennie i radykalnymi ograniczeniami covidowymi w Chinach. Tyle że wielu ekspertów przewiduje również, że tak znaczne cięcia produkcji wpłyną stymulująco na inflację, która i tak jest już wysoka. Nie ma też wątpliwości, że był to mocny cios wymierzony Bidenowi przez Mohammada bin Salmana oraz lidera ZEA Mohammada bin Zajeda. Biały Dom na razie zareagował wstrzemięźliwie, wyrażając „rozczarowanie krótkowzroczną decyzją”, oraz nakazał Departamentowi Energii wprowadzenie na rynek 10 mln baryłek ze Strategicznych Rezerw Naftowych. Ponadto administracja Bidena zapowiedziała podjęcie, we współpracy z Kongresem, dodatkowych kroków zmierzających do ograniczenia wpływu OPEC na ceny energii, a także podkreśliła, że pokazuje to konieczność uniezależnienia się od paliw kopalnych z zagranicznych źródeł.

Policzek dla Ameryki

Decyzja OPEC+ ma jednak wymiar nie tylko ekonomiczny. Już sam fakt, że została podjęta w formacie współpracy między kartelem zrzeszającym m.in. kluczowych sojuszników USA na Bliskim Wschodzie a Rosją, jest policzkiem dla USA. Ponadto została ona podjęta niespełna trzy miesiące po szczycie w Dżuddzie, stawiając amerykańskiego prezydenta w kłopotliwej sytuacji. Co gorsza, nastąpiło to też niespełna miesiąc przed wyborami do Kongresu, przed którymi demokraci znajdują się w defensywie, choć wciąż mają szansę na utrzymanie większości w Senacie. Tymczasem wiele wskazuje na to, że Mohammad bin Salman może próbować ingerować w wybory w sposób, który jest również zgodny z interesem Rosji. Wskazywałyby na to związki między nim a Jaredem Kushnerem, zięciem Donalda Trumpa. Kontrolowany przez saudyjskiego następcę tronu Saudi Public Investment Fund zasilił w kwietniu br. niewielką firmę kapitałową, należącą do Kushnera, kwotą 2 mld dol., wbrew opinii organu doradczego wspomnianego saudyjskiego funduszu. Już wówczas spekulowano, że Mohammed bin Salman gra na zwycięstwo kandydatów popieranych przez Trumpa w wyborach w 2022 r. i powrót byłego prezydenta do władzy w 2024 r. Warto w tym kontekście dodać, że obóz Trumpa, z jego synem Donaldem jr. na czele, ostro krytykuje Bidena za jego zaangażowanie we wsparcie Ukrainy.

Znacznie ostrzej na decyzję OPEC zareagowali demokraci w Kongresie, uznając ją za wrogi akt, wymagający ostrej odpowiedzi. Już w lipcu, w ustawie budżetowej, zawarte zostały spore ograniczenia w możliwości sprzedaży Arabii Saudyjskiej broni o charakterze ofensywnym. W sierpniu, po szczycie w Dżuddzie, Biały Dom zatwierdził sprzedaż „defensywnych” pocisków balistycznych Patriot MIM-104E o wartości 3 mld dol. Arabii Saudyjskiej, a także pocisków THAAD, o wartości 2,2 mld dol., Zjednoczonym Emiratom Arabskim, tłumacząc to m.in. koniecznością poprawy bezpieczeństwa „partnerskiego państwa, będącego siłą politycznej stabilności i rozwoju ekonomicznego regionu Zatoki”.

Radykalne środki

Potrzeby zbrojeniowe Arabii Saudyjskiej i ZEA w dużej mierze związane są z zagrożeniem, które stanowią dla nich wspierani przez Iran jemeńscy Huti. Ugrupowanie to już kilkakrotnie atakowało obiekty na terenie obu tych państw, w tym międzynarodowe lotniska. Wprawdzie na początku 2022 r. doszło do zawieszenia broni, lecz wygasło ono na początku października, stwarzając groźbę nowej eskalacji. Zjednoczone Emiraty Arabskie są mniej zagrożone od Arabii Saudyjskiej, gdyż niedawno wznowiły stosunki dyplomatyczne z Iranem. Trudno jednak mówić o pełnej normalizacji. Ponadto wycofanie wszelkiego wsparcia militarnego USA dla Arabii Saudyjskiej i ZEA doprowadziłoby do gwałtownej zmiany równowagi sił na Bliskim Wschodzie. A tego właśnie domagają się niektórzy kongresmeni.

Demokratyczny kongresmen polskiego pochodzenia Tom Malinowski przedstawił już projekt ustawy nakazującej wycofanie wszelkiego amerykańskiego sprzętu wojskowego, w szczególności pocisków THAAD i Patriot, z Arabii Saudyjskiej i ZEA. W oświadczeniu podpisanym przez Malinowskiego oraz kilku innych kongresmenów stwierdzono, że „czas, by USA znów działała jak supermocarstwo w stosunku do naszych państw-klientów w Zatoce”, i zasugerowano również wycofanie amerykańskich oddziałów i kontraktorów z „państw aktywnie działających przeciwko nam” oraz dodano, że „jeśli Arabia Saudyjska i ZEA chcą pomagać Putinowi, to powinny się zwracać do niego w sprawie swojej obrony”. Nie jest to przy tym jedyna inicjatywa ukarania naftowego kartelu. Lider demokratycznej większości w Senacie Chuck Schumer wraz z republikańskim senatorem Chuckiem Grassleyem przedstawili projekt ustawy pozwalającej na pozywanie państw członkowskich OPEC za manipulowanie rynkiem.

Biały Dom prawdopodobnie nie sięgnie jednak po aż tak radykalne środki, zwłaszcza że przeciwnicy takich posunięć argumentują, że głównym tematem rozmów w Dżuddzie nie była ropa, lecz stabilność w regionie, w tym pogłębianie współpracy izraelsko-arabskiej, zgodnie z założeniami polityki amerykańskiej. Całkowite wycofanie się USA ze wspierania Arabii Saudyjskiej i ZEA mogłoby być bardzo bolesne dla tych państw i postawiłoby też w niezręcznej sytuacji Rosję, z którą wszak Iran dobija interesy zbrojeniowe. Jednak regionalne wzmocnienie Iranu nie byłoby też korzystne dla USA. Z drugiej jednak strony Biden nie może okazać słabości wobec tak bezczelnych ruchów saudyjskiego księcia. Inną kwestią jest też reaktywacja porozumienia nuklearnego z Iranem (JCPOA), co doprowadziłoby do pojawienia się na rynku co najmniej 1,5 mln dodatkowych baryłek ropy. Jest to zatem obecnie głęboko w interesie zarówno Zachodu, jak i Iranu, gdyż zniesienie sankcji uspokoiłoby tam nastroje, podczas gdy obecnie już od kilku tygodni trwają antyrządowe protesty. Tyle że irański prezydent Ebrahim Raisi działa nieracjonalnie, przedkładając kwestie ideologiczne nad interes swój i Iranu. Mohammad bin Salman liczy więc, że uniknie konsekwencji, a po wyborach w USA Kongres będzie mu przyjaźniejszy. Może się jednak przeliczyć.

Cały artykuł dostępny jest w 42/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także