Każdej nocy, gdy Ameryka kładzie się spać, Manila zakłada słuchawki. W błyszczących wieżowcach dzielnicy Bonifacio Global City i w dziesiątkach prowincjonalnych miast prawie 2 mln Filipińczyków odbiera telefony, odpowiada na czaty i rozwiązuje problemy klientów z drugiego końca świata. To oni dzwonią, gdy nie działa karta kredytowa wydana w Teksasie albo gdy trzeba zmienić rezerwację lotu z Londynu. Filipiny są dziś największym na świecie ośrodkiem obsługi klienta, a cały sektor outsourcingu usług biznesowych, znany pod skrótem BPO, stał się jednym z filarów krajowej gospodarki.
Skala robi wrażenie. Branża informatyczna i obsługi procesów biznesowych, oficjalnie nazywana IT-BPM, ma w 2026 r. osiągnąć przychody rzędu 42 mld dol. i zatrudniać blisko 1,97 mln ludzi. To kręgosłup filipińskiej klasy średniej: stabilna praca, pensje wyższe od krajowej średniej i drabina awansu dla milionów młodych absolwentów szkół wyższych. Przez ćwierć wieku model wydawał się niezniszczalny. Opierał się na prostej arytmetyce: filipiński konsultant mówi po angielsku z neutralnym, zrozumiałym dla Amerykanina akcentem, a kosztuje ułamek tego, co pracownik w Stanach Zjednoczonych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
