Dobry i zły narodowiec
  • Wojciech GolonkaAutor:Wojciech Golonka

Dobry i zły narodowiec

Dodano: 24
Rosyjski opozycjonista Aleksiej Nawalny
Rosyjski opozycjonista Aleksiej Nawalny / Źródło: PAP / YURI KOCHETKOV
22 lutego we francuskim „Le Monde” ukazała się wnikliwa analiza na temat Aleksieja Nawalnego, pióra Michela Eltchaninoffa, francuskiego filozofa i publicysty.

Eltchaninoff interesuje się myślą rosyjską, a szczególnie jej punktem stycznym między filozofią a polityką, i w tym właśnie duchu napisał m.in. książkę pt. „Co ma Putin w głowie”, przetłumaczoną na różne języki, w tym polski. Ten świeży artykuł Eltchaninoffa należy więc, owszem, traktować jako wypowiedź politologa specjalisty. Ale przede wszystkim, jak już wskazuje sam jego tytuł, a raczej cytat w miejsce tytułu – „Nawalny zrozumiał, że walka z korupcją jest skuteczniejszym punktem wyjścia niż nacjonalizm” – jest to ze strony „Le Monde’a” subtelna operacja ocieplania wizerunku Nawalnego.

Niegroźny faszysta?

Otóż we Francji zdążyły się już rozejść wiadomości opisujące nacjonalistyczny profil Nawalnego, nagłośnione na początku miesiąca między innymi przez znany tygodnik „Marianne”. Profil zresztą potwierdzony przez samego Eltchaninoffa, ale następnie subtelnie zinterpretowany. Być może operacja ta była konieczna nie tylko, aby uzasadnić francuskie poparcie dla Nawalnego mimo kontrowersji wokół jego profilu ideowego, ale także po to, aby uniknąć rodzimego dysonansu. Skoro Nawalny jest, a przynajmniej był bardziej radykalnym nacjonalistą niż Marine Le Pen, a ta nie narzeka obecnie na brak poparcia w sondażach, to establishment musi jakoś wytłumaczyć czemu jej bojkot wyborczy nadal pozostaje moralnym obowiązkiem, a z kolei wspieranie Nawalnego jest aktem cnoty. Przy czym wyrazistość poglądów i przeszłych działań Nawalnego jest tak mocna, że operacja Eltchaninoffa nabiera charakteru groteski, choćby gdy zapewnia, że „nie ma on w sobie nic z niebezpiecznego faszysty, ale jest zdeterminowanym politykiem, który chce się oprzeć na emocjach politycznych swych współobywateli”. Wiecie, rozumiecie, Rosjanie to w sumie faszyści, więc nawet opozycja musi grać w te nuty, ale niegroźnie. Ba, autor nie pisze, że Nawalny nie jest faszystą, ino że nie jest niebezpiecznym faszystą. Bo przecież takie fakty jak: „Nagrał spot, w którym pośrednio porównał czeczeńskich bojowników do much i karaluchów, oraz nawoływał do legalizacji posiadania broni palnej, aby móc się przed nimi bronić”, lewica zwykła postrzegać jako kliniczne objawy faszyzmu (najwyraźniej jednak niegroźne, warto zapamiętać).

Mitterand był spoko

Otóż w ogóle nie interesuje mnie Aleksiej Nawalny (daj mu Boże zdrowie!), czy stosunek do niego ze strony europejskich rządów (im daj Panie mądrość), a przypadek rodzimej (choć wzmacnianej z zewnątrz) histerii wokół Tomasza Greniucha. Jest rzeczą oczywistą, że jego młodzieńcza przynależność do (legalnego) ONRu, a nawet bezmyślne saluty rzymskie, są kontrowersjami znacznie mniejszego kalibru nie polityczny nacjonalizm Aleksieja Nawalnego, bądź co bądź wspieranego obecnie przez prawie całą Europę. Ale równie dobrze można przypomnieć mniej znaną młodość François Mitteranda, wybitnego socjalistycznego prezydenta Francji, który onegdaj gorliwie popierał rząd Vichy, a za swe zaangażowanie w dzieło narodowej rewolucji otrzymał z rąk marszałka Pétaina wymowny Order Galijskiej Franciski. Aby go otrzymać, musiał wystosować osobistą prośbę, w której zapewniał: „Ja, niżej podpisany, oświadczam, że jestem Francuzem z ojca i matki, nie jestem żydem w znaczeniu ustawy z 2 czerwca 1941 r. i nigdy nie przynależałem do jakiegokolwiek tajnego stowarzyszenia”. Spoko oświadczenie. Tak na marginesie, w 2016 r. Rada Warszawy przyjęła uchwałę o nadaniu skwerowi przed budynkiem Ambasady Francji w Polsce imienia François Mitterranda.

Hallstein też wymiatał

Mitterand nie był jedynym słynnym politykiem z o wiele mniej słynną przeszłością. Walter Hallstein, ojczulek założyciel Unii Europejskiej i pierwszy wieloletni przewodniczący Komisji Europejskiej, przed II wojną światową przewrotnie współpracował z Hansem Frankiem nad nazyfikacją prawa III Rzeszy, a gdy Niemcy zaczęły przegrywać wojnę, przywdział mundur Wermachtu. Bynajmniej nie po to, aby walczyć karabinem, ale propagandą, jako oficer polityczny podtrzymujący wiarę, czytaj lojalność armii wobec narodowego-socjalizmu. A propos, jego przeszłość była doskonale znana Amerykanom, którzy po wojnie skutecznie kierowali jego karierą, mianując go na start rektorem Uniwersytetu we Frankfurcie.

Na swoich zawsze można liczyć

Czemu zresztą szukać zagranicznych przykładów? Pan profesor Bauman, w młodości kryptonim „Sejmon” w agenturze wojskowej w sowieckiej Polsce i członek Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Noblistka Wiesława Szymborska, wylewająca niepocieszone łzy poetki na okoliczność śmierci Stalina. Jacek Kuroń, inspirujący się w młodości chorymi koncepcjami Lwa Trockiego.

Otóż nie mam – jak większość Polaków – kompetencji do oceniania kwalifikacji na historyków, dyrektorów IPNu, a nawet noblistów. Ale jeśli głównym kryterium usuwania kogoś ze stanowiska mają być decybele oburzenia z powodu czyjejś młodości… no cóż, parafrazując ironię wielkiego Chestertona, „byłoby z naszej strony przejawem jezuickiej kazuistyki ośmielać się zaglądać za płot, podczas gdy wszyscy inni jedynie kradną konie” (The Thing, 1929).

Źródło: DoRzeczy.pl
+
 24
Czytaj także