KrajJubileusz Jachowicza

Jubileusz Jachowicza

Jubileusz Jachowicza
Jubileusz Jachowicza
Dodano

Skończył Pan 75 lat. To dobry czas na podsumowanie dotychczasowego dorobku życia, m.in. zawodowego. Czy właściwym Pana wyborem była droga dziennikarstwa śledczego?

Jerzy Jachowicz: To chyba najbardziej pasjonujący okres mojego życia. Mogłem odkrywać świat i rozwijać swoje możliwości, których się po sobie nie spodziewałem. Jestem z wykształcenia filozofem. Planowałem siedzieć pod lipą i rozmyślać o poszukiwaniu szczęścia, drogowskazach dla ludzkości. Pochłonęłoby mnie nauczanie adeptów sztuki filozoficznej, gdyby nie wydarzenia w Polsce. Przyszedł rok 1980, zostałem porwany przez wichry historii i wszedłem na drogę Solidarności.

Jakie były początki Pana pracy w dziennikarstwie śledczym?

JJ: W prasie podziemnej zajmowałem się opisywaniem rzeczywistości, której na pierwszy rzut oka nie widać. Na przykład obserwowałem działania Służby Bezpieczeństwa podczas demonstracji. Przychodziłem wcześniej i podglądałem w jaki sposób rozstawia się ludzi, aby kontrolować tłum. Analizowałem też skąd tyle wpadek np. solidarnościowych drukarni. Czerpałem również wiedzę z naszej historii. Sięgałem po książki na temat działalności Kedywu. Tak odkrywałem tajniki „podziemnego” świata.

Czy po 89 r. nastał dobry czas dla dziennikarstwa śledczego?

JJ: To był dobry czas, aby skrobać tynk, pod którym kryła się zbrodnicza przeszłość ludzi mających władzę w PRL. Chciałem dotrzeć do informacji ukrywanych przez tych, którzy pomagali Rosjanom utrzymywać kraj w niewoli. Swoją pracę mogę porównać do poszukiwań badacza, który porusza się po jaskiniach i odkrywa różne skarby. Byli nimi świadkowie. Dziennikarze śledczy w swojej pracy nie posługują się specjalistyczną aparaturą - sprzętem podsłuchowym, mikroskopami. Nam pozostają świadkowie. Dzięki nim możemy dotrzeć do faktów.

Zajmowałem się m.in. zabójstwami dokonanymi przez tzw. „nieznanych sprawców”. W sprawie zabójstwa ks. Jerzego, czy trzech księży: Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha, starałem się docierać do świadków, do których prokuratura nie docierała. Oni często wnosili nowy obraz do śledztw. Na przykład przy zabójstwie ks. Zycha udało mi się wskazać, że jeden z głównych świadków jest współpracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych. Nie było wątpliwości, że jego zeznania są robione pod dyktando.

Zgodzi się Pan z tezą, że dziennikarze śledczy są gatunkiem wymierającym?

JJ: Po aferze Rywina dziennikarstwo śledcze siadło. Z jednej strony kryzys ekonomiczny sprawił, że redakcjom się ono nie opłaca, z drugiej strony zaczęły powstawać gazety- biuletyny partyjne. Poza nielicznymi wyjątkami jak np. Cezary Gmyz, czy próbami dokumentalistek w sprawie katastrofy smoleńskiej Anity Gargas, Joanny Lichockiej i Marii Dłużewskiej, rzadko kto, realnie patrzy władzy na ręce, aby ukazać wadliwe funkcjonowanie organów państwa. Stan dziennikarstwa śledczego jest fatalny.

Dziennikarz śledczy często postrzegany jest jako marionetka w rękach służb. Słusznie?

JJ: A może ktoś próbuje zdeprecjonować pracę dziennikarza śledczego? Wiadomo, że są ludzie o różnych standardach pracy, różnym stopniu wymagań wobec siebie. Biorą od służb informacje, nie weryfikują ich, często też mają nadzieję, że przechytrzą służby. Dziennikarz korzystający z takich informatorów musi mieć świadomość, że za nimi stoi władza załatwiająca swoje interesy, biznes oferujący funkcjonariuszom dostatnie ciche stanowiska na emeryturze, a także prywatne interesy kolegów. Musi pogodzić się z tym, że informacje wypuszczane są z określonych powodów, czasem z bardzo niskich pobudek i prawie nigdy z poczucia patriotyzmu. Posiadając je trzeba wyważyć ich siłę i cel działania. Nie każdemu dziennikarzowi się to udaje. Trzeba pamiętać, że to ludzie służb są fachowcami i mają nas na ręku. Są przeszkoleni do rozgryzania osobowości, hochsztaplerki, potrafią jak kameleon zmieniać wcielenia. Zanim dziennikarz wypuści informacje powinien przeprowadzić śledztwo, czy są one prawdziwe i zastanowić się komu one służą.

Czy Pana zdaniem rozpracowywanie świata przestępczego nie powoduje zbyt ścisłych związków dziennikarza np. z mafijnym światkiem. Czy taka praca nie jest chodzeniem po linie?

JJ: Dziennikarzowi grozi zmiana orientacji, przejście na „ciemną stronę mocy”.

Podobnie jak oficerowi śledczemu wchodzącemu w środowiska przestępcze, który nagle zaczyna myśleć kategoriami świata przestępczego. Na to, że dziennikarze ulegają czasem takiej niezdrowej fascynacji, ma wpływ na przykład magnetyzm wielkich pieniędzy.

Poza tym świat przestępczy pokazuje kły i kąsa tego, co przeszkadza w jego interesach i psuje szyki. Sam doświadczałem pogróżek. Ale realne zagrożenie stanowią służby, które są przesiąknięte duchem zbrodni. Zrobią wszystko w obronie własnych interesów.

Ma Pan własny kodeks etyki dziennikarza śledczego?

JJ: Nasze nazwijmy to „produkty”, ze względu na to, że mają dużą siłę rażenia muszą być starannie przygotowane. Musimy być pewni, że to co piszemy jest prawdziwe. Swoją działalnością możemy wiele osób skrzywdzić, wyrządzić im niesprawiedliwość przesądzającą o ich dalszym życiu. Przede wszystkim trzeba mieć kilka źródeł potwierdzających informacje. Poza tym powinniśmy nie lekceważyć źródła, szanować informatora, a przede wszystkim zajmować się sprawami ważnymi, które dotykają ogółu społeczeństwa. Warto też dodać, że śledczy to spowiednik. Dyskrecja jest podstawą naszej pracy.

Dziękuję za rozmowę i w imieniu tygodnika Do Rzeczy życzę, aby poszukiwanie prawdy wciąż Pana fascynowało. Wszystkiego co dobre.

Rozmawiała Dominika Jabłońska

Czytaj także

 0

Czytaj także