Teatr to nie ideologia
  • Maciej PieczyńskiAutor:Maciej Pieczyński

Teatr to nie ideologia

Dodano: 2
scena
scena / Źródło: Pexels / Monica Silvestre
Sztuka nie musi być lewicowa i obrazoburcza. Ani też prawicowa i nudna. Teatr Wierszalin z podlaskiego miasteczka udowadnia, że da się na scenie opowiedzieć o Bogu bez lewackiej ideologii.

Choć od premiery minęło czternaście lat, „Reportaż o końcu świata” w reżyserii Piotra Tomaszuka nie stracił na aktualności. I chyba nie straci, bo to spektakl wybitny. Kilka dni temu wystawiony po raz pierwszy po długiej przerwie. Tym, którzy do tej pory o tym dziele nie słyszeli, napiszę parę słów, by dowiedzieli się, co stracili. Teatr Wierszalin powstał trzy dekady temu w Supraślu – małym podlaskim miasteczku na styku kultur polskiej i białoruskiej, katolickiej i prawosławnej. Zdrowa i naturalna, bo rdzenna i wielowiekowa kulturowość, tak odmienna od sztucznego, zdalnie sterowanego przez lewackich ideologów multi-kulti. A przede wszystkim – świat, w którym duchowość nie jest przedmiotem politycznej walki, ale nieodłączną częścią codziennego życia. Wierszalin czerpie z podlaskiego, ludowego, prawosławnego mistycyzmu. A „Reportaż o końcu świata” to inscenizacja głośnej w latach siedemdziesiątych książki pod tym samym tytułem. Czyli opowieści socjologa Włodzimierza Pawluczuka o funkcjonującej przed wojną na Podlasiu sekcie Ilji Klimowicza.

Współczesny teatr polski jest w ogromnym stopniu narzędziem skrajnie lewicowej publicystyki. Jego główna „artystyczna” metoda to wulgarna, celowo szokująca widza dekonstrukcja narodowych i religijnych mitów. Im ostrzej, tym lepiej. Wiadomo. Dlatego na wieść o tym, że ktokolwiek chce gdziekolwiek nad Wisłą wystawić sztukę o sekcie, nietrudno przewidzieć, jaka powinna – zgodnie z panującą modą – być jego wymowa. To przecież idealny temat, by uderzyć w religię jako taką! I przy okazji pokazać prymitywnych polskich chłopów, który mordują Żydów w przerwach miedzy jedną Zdrowaśką a drugą. W końcu to Podlasie, ściana wschodnia, bastion PiS, od Supraśla do Jedwabnego nie tak znowu daleko. Tymczasem Wierszalin…

Tymczasem Wierszalin dokonał czegoś, co w ciasnych, zatrutych ideologią umysłach Strzępki, Demirskiego, Klaty czy Kleczewskiej byłoby nie do pomyślenia. Opowiedział o duchowości, nie obrażając ani katolików, ani wierzących, ani Polaków, ani chłopów. Gwoli uzupełnienia: Ilja Klimowicz był prostym prawosławnym chłopem, wokół którego zebrała się rzesza równie prostych wyznawców, traktujących go jako proroka, a następnie wręcz Zbawiciela. Podlaska wieś, tradycyjna i po wschodniemu czuła na kwestie wiary, łaknęła duchowego, ideowego tlenu.

Prawosławna Rosja przestała istnieć, zdeptana przez bolszewików, białoruski ruch narodowy był zbyt słaby i rozwijał się daleko od peryferyjnego Podlasia, na katolicką Polskę ci chłopi nie byli gotowi. Pustkę pomógł wypełnił Ilja. Tomaszuk pokazuje zbiorowe szaleństwo sekciarzy, którzy uwierzyli, że na Grzybowszczyźnie (rzut beretem od Usnarza…) powstaje nowe Jeruzalem. Jednocześnie nie próbuje nijak przekonać widza, że to szaleństwo jest typowe dla religijności jako takiej. W spektaklu pojawia się „dobry” ksiądz prawosławny, który egzorcyzmuje sekciarzy, myje po nich zbrukane krzyże i wyraźnie daje do zrozumienia przepytującemu go reporterowi, że nie usłyszy od niego złego słowa na Cerkiew jako taką. Sekta jest wypaczeniem duchowości, nie normą. Ale i sami sekciarze nie są pokazani karykaturalnie. Są prości, ale nie prostaccy. Szukają Boga, i w tych poszukiwaniach zbłądzili – tylko tyle i aż tyle.

Subtelny spektakl

Tomaszuk nie sięga po tanie chwyty. Cały spektakl oparty jest na narracji reportera (Pawluczuka). Gdy widz słyszy opowieść o Oldze D., sekciarce, która w przypływie szaleństwa biegała nago po wsi i wybijała sąsiadom okna, powinien zobaczyć nagą, wulgarną, prymitywną wiejską babę, najlepiej kopulującą z księdzem… Powinien, gdyby to był typowy spektakl teatru współczesnego. Tymczasem Olga D. u Tomaszuka tylko rozchyla chustę na ramieniu. Inteligentny widz domyśli się, o co chodzi. Nie trzeba epatować na siłę. W innej ze scen bogobojne chłopki sprawiają seksualną przyjemność oszustowi, który przybył na Podlasie, podając się za cudem ocalałego cara Mikołaja II. Pamiętając niesławną „Klątwę” Friljicia, nietrudno się domyślić, jak wyglądałoby to na deskach innego teatru. U Tomaszuka zero dosłowności, zero nagości – a i tak każdy widz domyśli się, o co chodzi. Podobnie, gdy inny oszust wykorzystuje kobiety, które wzięły go za prawdziwego apostoła i chcą urodzić mu dziecko – zamiast kopulacji na scenie jest czytelna, daleka od dosłowności symbolika. Od razu zaznaczę – w żadnym z tych przypadków nie ma szargania świętości, dekonstrukcji itp., itd. To opowieści o złych oszustach, a nie o złych kobietach, ani o złej religii.

Scenografia pozwala wejść w klimat podlaskiej duchowości. Las krzyży na scenie przypomina Grabarkę – święte miejsce polskiego prawosławia. I – uwaga! – żaden z tych krzyży nie zostaje zniszczony, połamany, oblany moczem, farbą, nie. Zostaje zbrukany sekciarskim oszustwem – i oczyszczony przez prawosławnego księdza święconą wodą.

Jak widać, można o Bogu opowiadać bez obrazy. Ale i bez modlitwy. Bo prawak, szukający u Tomaszuka ewangelizacji, prawosławnej czy szerzej: chrześcijańskiej, też się zawiedzie. „Reportaż o końcu świata” to sztuka o duchowości bez ideologii, bez indoktrynacji, bez przekonywania, umoralniania, bez walki prawych z lewymi czy lewych z prawymi. To po prostu genialny, wybitny spektakl, bez publicystyki. I dowód na to, że teatr nie musi być narzędziem walki o rząd dusz. Może być – i powinien! – celem samym w sobie. A że przy okazji pokazuje estetyczne piękno i etyczne dylematy szeroko pojętej duchowości, bez tanich, prowokacyjnych chwytów – tym lepiej i przyjemniej się to ogląda. I odczuwa.

Czytaj też:
USA: Powrót słynnych musicali na Broadway po pandemicznej przerwie
Czytaj też:
Przed nami nowy sezon Teatru Telewizji. W repertuarze Norwid i Różewicz

Źródło: DoRzeczy.pl
 2
Czytaj także