Miało być inaczej: Trump wysyłał swych ambasadorów do Hollywood, aby „make it great again”, koncerny medialne (jak Disney) poznawały na swej skórze prawdziwość hasła „go woke – go broke”, publiczność odwracała się od przesyconych lewicową indoktrynacją filmów, na czym cierpiały kina oraz księgowi itd. Nic z tych rzeczy. Filmy i seriale odnoszące się z szacunkiem do tradycji to wciąż rzadkość. Ktoś powie: przestawienie na nowy kurs tak potężnego okrętu musi zająć wiele czasu. Pytanie brzmi jednak: A czy na pewno ktoś zabrał się za wytyczanie takiego kursu?
Najważniejsze są pieniądze
Nowy film z uniwersum Tolkiena pisać ma Stephen Colbert, wielki admirator Hugona Cháveza i trefniś libków z programów late night. Nowa ekranizacja powieści o Harrym Potterze (serial HBO) już doprowadziła do białej gorączki fanów, którzy rwą włosy z głowy, oglądając zwiastun z czarnoskórym Severusem Snape’em. W czerwcu do kin wejść ma film „Śmierć Robin Hooda”, który przedstawia ludowego bohatera jako krwawego bandziora i wielokrotnego mordercę. Niby nie powinno nas to dziwić – a jednak…
Oczywiście najważniejsze są pieniądze. Skoro więc jakieś studio już posiada prawa do jakiejś franczyzy (w branży najczęściej używa się słowa „ajpi” – czyli „IP” od „intellectual property”), to chce wydusić z niej jak najwięcej grosza. Zatem Warner Bros. iNew Line Cinema finansują nową serię filmów opartych na motywach zaczerpniętych z „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena. W przyszłym roku czeka nas premiera filmu „The Lord of the Rings: The Hunt for Gollum” w reżyserii Andy’ego Serkisa, natomiast następny w kolejce ma być film „The Lord of the Rings: Shadow of the Past”, którego współautorem ma być wspomniany Colbert.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
