Minęło już lat 11, odkąd Soderbergh ogłosił przejście w stan spoczynku. Jak na emeryta poczyna sobie całkiem żwawo, kręci dwa–trzy filmy rocznie. Jeszcze więcej produkuje.
Jako reżyser ma w sobie coś z impresjonisty: dąży do uzyskania pożądanego celu najprostszą drogą, wprawiając w konfuzję widzów przywykłych do dzieł wymuskanych. Boi się przekroczyć budżet, z natury jest stachanowcem, a może traci zainteresowanie własnym dzieckiem, zanim ono się urodzi (są tacy ojcowie)? Nazwanie „Szpiegów” eksperymentem byłoby jednak krzywdzące. Rzecz przypomina raczej czwartkowe spektakle teatru sensacji z czasów świetności TVP.
Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
