Dr Martyka: Nie wierzę w rzetelną debatę na temat COVID-19. Lekarze są zastraszani

Dr Martyka: Nie wierzę w rzetelną debatę na temat COVID-19. Lekarze są zastraszani

Dodano: 122
Dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej
Dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej / Źródło: YouTube / Elster TV
– Dzisiaj jesteśmy straszeni kolejną falą w czerwcu, spowodowaną powrotem dzieci do szkół. Nie, proszę Państwa, nie będzie żadnej kolejnej fali w tym sezonie. Na chwilę obecną mamy odporność zbiorową – mówi w rozmowie z portalem DoRzeczy.pl dr Zbigniew Martyka, specjalista chorób zakaźnych, ordynator oddziału obserwacyjno-zakaźnego w szpitalu w Dąbrowie Tarnowskiej.

Jak skomentuje Pan wykluczenie Pana z plebiscytu „Osobowość Roku 2020", organizowanego przez „Gazetę Krakowską” i „Dziennik Polski”?

Dr Zbigniew Martyka: Wystosowałem oficjalne pytanie do redakcji o określenie konkretnych przyczyn społecznych, które spowodowały wykluczenie mojej kandydatury. Odpowiedzi do chwili obecnej nie dostałem, ale jeżeli nadejdzie, na pewno Państwa o tym poinformuję. Natomiast już sam przebieg plebiscytu dawał do zrozumienia, że nie mam prawa tego wygrać. Gdy w mediach społecznościowych poprosiłem o głosy, spłynęły wręcz lawinowo w tempie średnio 250 na dzień. Wyszliśmy od stanu 31 głosów. W tym samym czasie osoba na pierwszym miejscu miała tych głosów ok. 650. Biorąc pod uwagę średni przyrost głosów dla pozostałych kandydatów, zajęcie pierwszego miejsca nie powinno zająć więcej niż 3-4 dni. Tak się jednak nie stało, gdyż osobie z pierwszego miejsca w momencie rozpoczęcia "pogoni", zaczęło przybywać głosów w tempie średnio 190 dziennie. Taka sytuacja miała miejsce aż do dnia wykluczenia mojej kandydatury, gdy jasne już było dla wszystkich, że zajęcie przeze mnie pierwszego miejsca jest kwestią krótkiego czasu. Gdy moje nazwisko zniknęło z listy nominowanych, liczba głosów na prowadzącego gwałtownie zmalała do poziomu średnio niecałych sześciu na dobę. Te dane, w połączeniu z decyzją Kapituły, stawiają pod dużym znakiem zapytania uczciwość obu redakcji. Na pewno cała ta sytuacja bardzo mnie umocniła, a poparcie głosujących przekroczyło wszelkie oczekiwania. Dzisiaj, po tygodniu od skreślenia mojej kandydatury i braku kolejnych głosów, nadal liczba oddanych głosów na mnie jest druga w Polsce, z dwukrotną przewagą nad kolejnym miejscem.

W kwietniu znalazł się Pan wśród lekarzy wezwanych na przesłuchanie przez Naczelną Izbę Lekarską. Jak to wyglądało z Pańskiej perspektywy?

Odebrałem to jako próbę zastraszenia. NIL nie postawiła mi żadnego zarzutu. Nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż, w przeciwieństwie do ekspertów rządowych, moje wypowiedzi mają swoje źródło w medycynie opartej na faktach i badaniach, a nie na opiniach poszczególnych członków Rady Medycznej przy premierze. Proszę przeanalizować moje wypowiedzi z zeszłego roku - sprawdziło się w 100 proc. wszystko to, o czym mówiłem. I nie dlatego, że mam magiczną kulę do przepowiadania przyszłości, ale dlatego, że wypowiedzi opieram na solidnych fundamentach naukowych i swoim wieloletnim doświadczeniu jako specjalisty chorób zakaźnych.

Dzisiaj jesteśmy straszeni kolejną falą w czerwcu, spowodowaną powrotem dzieci do szkół. Nie, proszę Państwa, nie będzie żadnej kolejnej fali w tym sezonie. Tak jak pisałem w październiku ubiegłego roku - do końca sezonu zachorowań większość z nas będzie po kontakcie z koronawirusem, zatem na chwilę obecną mamy odporność zbiorową. Do tego skończył się sezon na zachorowania grypopodobne. To było wiadomo już kilka miesięcy temu. Dokładnie to samo by się wydarzyło, gdybyśmy nie mieli wprowadzonych żadnych obostrzeń. Tylko ponad 100 tysięcy ludzi, którzy nie dostali na czas pomocy ze względu na blokadę służby zdrowia, mogłoby jeszcze żyć.

Czy NIL podejmuje wobec Pana kolejne kroki?

Nie da się odpowiedzieć na to pytanie. Gdyby NIL działała w granicach prawa, odpowiedź byłaby prosta - nie podejmie. Natomiast wydarzenia w Warszawie z 23 kwietnia pokazały, że tutaj nie chodzi o przestrzeganie prawa, ale o uciszenie niewygodnych głosów. Do budynku NIL nie zostali wpuszczeni dziennikarze, nie został również wpuszczony mój adwokat. Co więcej, dopiero interwencja policji zmusiła NIL do potwierdzenia na piśmie, że nie wyrażają zgody na obecność adwokata. Dlatego też wszelkie dalsze działania są całkowicie nieprzewidywalne i uzależnione od zapotrzebowania aktualnej narracji.

Czy biorąc pod uwagę te wydarzenia możemy mówić o rzetelnej debacie na temat walki z COVID-19 w Polsce?

Nie wierzę w rzetelną debatę. Próbowaliśmy taką podjąć w programie Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać". Przedstawiciele NIL nie przyjęli zaproszenia ani nie zgodzili się na wypowiedź, natomiast sam program został zawieszony za... brak przedstawienia argumentów strony przeciwnej. W mediach społecznościowych cenzurowane są nawet wyniki badań naukowych, prowadzonych przez renomowane światowe uczelnie, jeżeli nie zgadzają się z oficjalną linią. Narracja rządowa obfituje w sprzeczności i absurdy, co jest całkowicie ignorowane przez większość dziennikarzy. Proszę zwrócić uwagę, że żadne mainstreamowe media nie protestują, gdy są wprowadzane paszporty szczepionkowe. Zaszczepieni są zwolnieni z kwarantanny, nie wliczają się do limitów osób na wydarzeniach kulturalnych. Dlaczego nikt nie zapytał, co to ma na celu, poza segregacją sanitarną? Przecież zaszczepieni, dokładnie tak samo jak niezaszczepieni, mogą przenosić wirusa. To jest rzecz oczywista, znana w medycynie od lat. Czy zarażenie się od osoby zaszczepionej jest lepsze niż od osoby niezaszczepionej? Mamy tutaj sytuację sprzeczną nie tylko z wiedzą medyczną, ale i ze zdrowym rozsądkiem - a media przechodzą nad tym do porządku dziennego. Głos grupy C-19 skupiającej naukowców domagających się powrotu do medycyny opartej na dowodach jest całkowicie pomijany. Dlatego właśnie nie wierzę w rzetelną debatę.

Obserwujemy obecnie znaczny spadek zakażeń COVID-19. Co Pańskim zdaniem szczególnie wpłynęło na poprawę sytuacji pandemicznej?

Ponad pół roku temu pisałem, że niezależnie od wprowadzanych obostrzeń do końca sezonu grypowego prawdopodobnie 70 proc. z nas będzie już po kontakcie z koronawirusem i prawdopodobnie 80 do 90 proc. z tych 70 proc. nawet nie będzie sobie zdawało sprawy z faktu zainfekowania organizmu wirusem SARS-CoV-2. Ta sytuacja właśnie ma miejsce. Jako społeczeństwo przeszliśmy to zakażenie i mamy odporność zbiorową. Ponadto właśnie skończył się sezon zachorowań na grypę i choroby grypopodobne. Kolejnej fali nie będzie. Przynajmniej do października, kiedy to, biorąc pod uwagę doświadczenia lat poprzednich, może pojawić się inna mutacja koronawirusa. Jeżeli będzie na tyle różna od znanej nam teraz, to nie zadziała na nią ani nabyta odporność, ani szczepionki. Rząd zapewne wtedy znowu wszystko zamknie i zacznie "walczyć" z nową odsłoną pandemii - co oczywiście, podobnie jak do tej pory, nie przyniesie żadnego pozytywnego rezultatu.

Maj jest czasem luzowania obostrzeń sanitarnych. Czy według Pana zbliżamy się do powrotu do normalności, a może ma to jedynie tymczasowy charakter?

Na to pytanie ciężko odpowiedzieć. Gdybyśmy się kierowali logiką i wiedzą medyczną opartą na dowodach, obostrzenia nigdy by już nie wróciły. Zaprzestalibyśmy testowania, a szpitale normalnie leczyłyby chorych. Ci, którzy potrzebują pomocy, dostaliby ją od razu, a nie po kilku dniach, gdy ich stan pogorszy się na tyle, że pozostaje często jedynie podłączenie do respiratora. I wielu naszych bliskich do dzisiaj mogłoby cieszyć się życiem. Te tragiczne wydarzenia były do przewidzenia. Ostrzegałem przed tym dokładnie rok temu.

UE przeprowadza testy informatyczne tzw. "paszportów covidowych". Jak ocenia Pan uzależnienie możliwości podróżowania i dostępu do części usług od przyjęcia szczepionki?

Brak jest jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia takiej decyzji. Oczywiste jest dla każdego lekarza, że szczepionka nie tylko nie zabezpiecza przed zachorowaniem w 100 proc., ale w żaden sposób nie likwiduje możliwości przenoszenia wirusa. Owszem, szczepionka może złagodzić przebieg infekcji do tego stopnia, że zakażony nie będzie kaszlał i kichał, więc w tym sensie będzie mniej niebezpieczny dla otoczenia. Tylko, że zakażony bezobjawowo w takim samym stopniu nie zagraża nikomu dokoła. Natomiast jak ktoś ma objawy, to zdrowy rozsądek nakazuje izolację i odpoczynek, m.in. choćby ze względu na duże ryzyko wystąpienia uszkodzenia mięśnia sercowego w przypadku tzw. "przechodzenia" gorączki.

Coraz częściej pojawiają się głosy, aby szczepić na COVID-19 również dzieci i młodzież do lat 18. Co sądzi Pan o tych pomysłach?

Decyzją Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych Polska jest jednym z czterech krajów na świecie, które zgodziły się, żeby na ich dzieciach Pfizer-BioNTech prowadził badania w zakresie możliwości szczepień od 6 miesiąca życia. Fakty są takie, że od początku "pandemii" w Polsce do 20 kwietnia tego roku z powodu Covid-19 w populacji dzieci w wieku do lat 12 zmarło jedno dziecko. Tymczasem, wg informacji Ministerstwa Zdrowia z dnia 9 kwietnia tego roku, w okresie 14 dni od przyjęcia szczepionki zmarły w Polsce 994 osoby. Prosta matematyka wskazuje, że szczepienie dzieci w wieku do 12 roku życia stwarza dużo większe zagrożenie, niż zakażenie SARS-CoV-2. Ewentualna decyzja o szczepieniu tej grupy wiekowej będzie bardziej absurdalna, niż niesławna decyzja o zamknięciu lasów.

W ostatnich tygodniach wiele mówi się o indyjskiej wersji COVID-19. Czy Pańskim zdaniem budzi ona większe obawy, niż dotychczasowe warianty?

Od początku "pandemii" straszono nas już tyloma nowymi wariantami, że wątpię, by na kimkolwiek robiło to jeszcze wrażenie. Był nawet słynny wariant "czeski" stwierdzony przez ministra Niedzielskiego, o którym nie miał pojęcia nawet Czeski Państwowy Instytut Zdrowia Publicznego. Faktem jest, że do tej pory zidentyfikowano kilkanaście tysięcy mutacji w SARS-COV-2. Ogromna większość z nich jest albo neutralna, albo szkodliwa dla wirusa. Na dzień dzisiejszy nie mamy żadnych danych, które by uzasadniały potrzebę obawy przed wariantem indyjskim. Liczba zachorowań w Indiach na 100 tys. mieszkańców na obecnym szczycie fali jest trzykrotnie mniejsza, niż liczba zachorowań na szczycie fali w Polsce. Liczba zmarłych zanotowanych w najgorszym dniu w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest prawie dziesięciokrotnie niższa, niż w analogicznym okresie w Polsce. To wszystko wskazuje, że prawdopodobnie wersja indyjska jest mniej zaraźliwa i dużo mniej śmiertelna od tej, z którą mieliśmy do czynienia w Polsce.

Rozmawiał: Paweł Zdziarski
Źródło: DoRzeczy.pl
 122
Czytaj także