Ja tu pisze o opozycji, Campusie, Sejmie, gospodarce, a gdzie tu ten „Dziennik zarazy”? Po pierwsze wielu mnie namawia do pozostania poza epidemią, bo ponoć moje wpisy o pandemii są obrazoburcze dla głównego przekazu i lepiej mi idzie w sferze politycznej czy społecznej. Po drugie – odwrotnie, widzę po swoich komentujących całą fajną paczkę koronarealistów, którzy również mną chcą się podpierać w swej wymagającej postawie.
Odpowiadam – gdyby nie pandemia to nigdy bym nie zaczął pisać pamiętnika. Jako młody-głupi nie miałem głowy ani czasu do spisywania od zarania swoich wspomnień, choć żałuję, bo żyłem w czasach przełomowo ciekawych, jak mawia przeklęte chińskie przysłowie. Jak się zorientowałem po spotkaniach w gronie rówieśników pt. „a pamiętasz jak pamiętaliśmy”, to było już za późno. Pojawiały się jakieś biesiadne, monologowe tyrady, większe anegdotki, ale brak było kontekstu zdarzeń, bo ten się zaciera w autoprezentyzmie. Nie było co zaczynać od spoglądania daleko wstecz, bo nie widziałem nawet sam u siebie tej autentyczności pamiętników, a właściwie dzienników, pisanych na bieżąco.
Pandemia dała mi tu szansę. Mogłem zacząć od nowa, bo świat zaczynał od nowa. Prorokowałem sobie tak (patrząc na inne epidemie) – posiedzimy sobie z góra dwa miesiące na rekolekcjach ludzkości. Wyjdziemy inni, może lepsi, z większym dystansem do normalności, o której wierzyłem, że wróci taka sama. Zaś zmieni się jedynie dlatego, że my wyjdziemy w nią, pokowidową, z większą refleksją co do siebie i własnych losów. I chciałem na bieżąco opisać ten przeinteresujący proces, jakiego ludzkość do tej pory nie przeżyła. I chciałem go dokonać za pomocą samoobserwacji, reakcji, jako statystycznego obywatela, na te zmiany. Skoro przegapiłem to z młodzieńczego lenistwa, trzeba było to nadrobić w tym środowisku światowej katalizacji procesów do tej pory czyhającymi pod powierzchnią zdarzeń.
Co z Dziennikiem Zarazy?
Dlatego zacząłem pisać ten Dziennik. A takie podejście oznacza, że może będę go pisał też i wtedy, jak wirus zniknie z powierzchni Ziemi (ideał religii COVID-Zero, zbawienie nieosiągalne, a więc wieczna droga ku niemu), bo moim zdaniem nigdy się już z tego, przynajmniej za mego życia nie wydobędziemy, bo zaraza się nie skończy. I nie dlatego, że nie będzie komu wyjść i obwieścić koniec, ale dlatego, że pandemia zainfekowała wszystkie objawy życia ludzkości. Wiele ze zjawisk niby oddalonych od kwestii epidemiologicznych w ogóle by nie zaistniało, albo przebiegłoby inaczej gdyby nie kowid. Kiedy zacząłem się zastanawiać jak rozległa jest ta zaraza, to doszedłem do następujących wniosków.
Zdaje się, że łatwiej już próbować znaleźć takie sfery, których kowid nie zmienił, niż wyliczać niekończącą się listę zmienionych obszarów. Ale właśnie można tylko „próbować” znaleźć coś takiego, bo o pozytywny efekt takiego poszukiwania bardzo trudno. Na początku próbowałem postawić na duże pewniaki – a więc: natura. Powiedzmy, że wirus dotyczy ludzi (okazało się to testowym fałszem), zaś nasze na niego reakcje nie będą dotyczyły zwierząt i szeroko pojętej natury. Padłem jeszcze na wiosnę zeszłego roku podczas wizyty dzików w Lidlu. Wczoraj spiąłem to sobie klamrą z filmiku o małpce, która jak ludzie nosi porzuconą maskę, na pysku. A więc natura się nie obroniła.
No dobra, jak się nie da w podziale na kultura-natura, to pojedźmy po całości. Polityka – właściwie pandemia była i jest dominantą, to pierwsza kostka przewróciła całe domino układu amerykańskiej dominacji a teraz rządy głownie spierają się o to kto jak walczy z wirusem i co na to suweren. Społeczeństwo – zjednoczone w międzynarodówce strachu, napuszczone na foliarzy, zatomizowane, niezdolne do protestu w uścisku rozpadu więzi i braku pozasystemowych form oporu. Religia – lepiej nie mówić, sanitaryzm hierarchów. Kultura – przetrzepana na kwarantannie, nawet jak można uczestniczyć, to nie widzę głodu widza. Czy w ogóle pisać o służbie zdrowia – w całości przejechanej walcem kowida? Finanse – pozadłużane państwa na pokolenia w przód. Gospodarka? Właśnie się przeobraża z wolnorynkowego planktonu w zimny korporacjonizm. Seksualność przeorana, sport dla mnie się skończył jak zobaczyłem środkowego Brazylii pod siatką w maseczce. No i na koniec moje ulubione media, które pokazały swoją cenzuralną i wykluczającą twarz, zblatowaną nie z odbiorcą, ale ze sponsorem.
Właśnie, czy zostało w ogóle coś nietkniętego? Może kosmos, ale chyba też nie. To ci dopiero wirus. I niech nikt mi nie mówi, że to wszystko zrobił taki balonik z przyssawkami i kolcami, którego jeszcze nikt nie wyodrębnił. Który ma śmiertelność na poziomie sezonowych gryp. Tak, tak – mam już dość dowodzenia tej oczywistości. Skoro więc nie wirus, to co, a może kto? Bo przy takiej skali szkodliwego oddziaływania to nie może być tylko epidemia. To muszą być reakcje i ich efekty nas, ludzi, ludzkości.
Dlatego będę pisał swój „Dziennik zarazy” na wszystkie tematy, by odkryć w nich, czasem utajone, niekiedy odłożone w czasie znaki zarazy, która dotknęła ludzkość. I to wcale nie zarazy epidemiologicznej. Wirusy samozagłady ludzkości krążyły od dawna w ciele cywilizacji. Koronawirus je tylko uaktywnił. Był katalizatorem stanu chorobowego, a to oznacza, że to co buzowało w komórkach konstruktu ludzkości było już od dawna zainfekowane. Żyliśmy w zarazie od wielu lat. Kiedy i kto zaczął ten proces, to już – dłuższa – opowieść, może na przyszły wpis.
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
Czytaj też:
Yankee flew homeCzytaj też:
Duży wzrost nowych przypadków. Niepokojące dane Ministerstwa Zdrowia
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
