Z ziemi włoskiej do Polski?

Z ziemi włoskiej do Polski?

Dodano: 
Flaga Włoch. Rzym. Zdj. ilustracyjne
Flaga Włoch. Rzym. Zdj. ilustracyjne / Źródło: Pixabay
Dziennik zarazy. Dzień 597. Wpis nr 586 | W różnych stronach świata eksperymentują z eskalacją obostrzeń. Wedle komunistycznej zasady (Stalin bodajże) w miarę zwycięskiego pochodu komunizmu walka klasowa zaostrza się. Tak i teraz – kowid w odwrocie, zaś obostrzenia rosną.

Właściwie sprowadzają się do jednego, teraz nie walczymy już z kowidem, ale z niezaszczepionymi. Pomijając kwestię, że to odwraca uwagę od tego, że szczepionki nie powstrzymują zakażenia, ba – wysyłają do szpitali coraz więcej ludzi (o czym wkrótce), to dzięki tej narracji mamy winnego, przez którego nam się nie udaje: to niezaszczepieni. W dodatku cel jest nieskończony, jak w komunizmie, walka ustanie kiedy ostatni obszarnik, tfu, niezaszczepiony zniknie wraz z wirusem z powierzchni planety. To wiara w religię Covid-ZERO. Minęła już faza perswazji, teraz pora na represje. I w różnych krajach jest różnie, ostatnio zaeskalowały Włochy. I trzeba się przyglądać, jak Australii, bo tam eksperymentuje się lokalnie i jak pójdzie, że wejdzie, to i ta fala szczepiennego przymusu, bo już nie wirusa – dotrze także do nas.

A więc nie popracujesz we Włoszech bez Zielonego Paszportu wolności. Rząd podjął decyzję, że nawet nie popracujesz… zdalnie. Czyli maski (nie maseczki) już opadły – to nie ma żadnego znaczenia epidemiologicznego, bo przecież przez ekran kompa nie zakazisz, chyba, że ominąłem jakąś kolejną rewelację z konfy profesora Horbana. Czyli – przymus w czystej postaci.

I Włosi się ruszyli. W większość miast mamy ludzi na ulicach, nawet wtargnięcie zdesperowanego tłumu na uczelnię w Turynie, oczywiście tylko dla zaszczepionych. Największe manifestacje mieliśmy w Trieście, gdy pracownicy z portu, których pracę uzależniono od kowidowych paszportów, zablokowali przeładunek i port stanął. Dołączyli do tego ludzie i zrobiła się skala nie do pominięcia. A więc tłum ostro zagazowano, jednak Triest się wciąż broni. W internecie emocjonalna deklaracja ojca trójki dzieci, że nie zejdzie z zagazowanej barykady, bo to dla nich. A więc we Włoskim Bucie decydują się nasze losy. I od razu dwie refleksje.

Pierwsza to taka, która pojawia się coraz częściej. Czemu Polacy się nie burzą? No, bo my to podobno (kiedyś) „first to fight”, wielbiciele wolności nie tylko naszej, ale i Waszej. A tu nic. Czemu? Pierwsza odpowiedź, którą pomijam, że nie ma co się burzyć, wszystko w porządku, rząd reaguje, i to nie najbardziej ostro, bo są – jak widać – przykłady ostrzejszych taktyk. A więc Polacy nie dymią, bo jest ok. Druga opcja tłumacząca to taka, że jesteśmy już spsiali i potulni, zaś o niegdysiejszym polskim oporze to możemy tylko pomarzyć. To dość okrutna diagnoza, obawiam się, że coraz słuszniejsza – o czym napiszę trochę jutro.

Jest też trzecia teza, autorstwa redaktora Warzechy, która jest pośrednia i jakoś tam bardziej… optymistyczna. Zasadza się ona na pragmatyzmie ludu polskiego, dla którego znajomość poruszeń duszy narodowej to chleb powszedni. Mają podobno nie dymić, bo wiedzą, że i tak zwycięży polska bylejakość, że największe obostrzenia da się obejść sposobem, jak już było od wieków. I nie protestują, bo wiedzą, że to i tak nie naprawdę. Co prawda dla wielu branż „obejść” już się nie dało, ale pamiętajmy, że polski przedsiębiorca społecznie (ale i politycznie – tu na własne życzenie) zawsze był samotnym ryzykantem. W dodatku umoczonym (ostatnio) w oparach cwaniactwa, a więc jak mu się, pazernemu, noga powinie, to sam był sobie winien. Czego szukał w pojedynkę, kiedy w kupie (socjalnej) raźniej? A więc mamy spokój społeczny zagwarantowany stałą dominantą polskiej organizacji – bylejakością.

Sceny z Triestu przypominają mi… film Wajdy o Polskim Grudniu, „Człowieka z marmuru”. Dwa obrazy – studenci w akademiku biernie obserwujący robotników, którzy do nich krzyczą „chodźcie z nami”. Czyli – nie ich kolej, nie ich interes, nie patrzymy daleko. W dodatku jakeśmy my szli w 1968 roku, to wy – robotnicy, też się nie przyłączyliście. I druga sprawa – takie demonstracje jak w Trieście i wielu innych miastach świata, to impuls, po którym, jeśli nie wyłoni się przywódców, postulatów i programu co robić dalej jak się w końcu rozejdziemy, to taki protest sam zamiera. To była nauczka z lat 1968 i 1970, a właściwie nauka, z której wyciągnięto wnioski w Sierpniu 1980. Włosi, i szerzej – społeczeństwa zachodnie – muszą się tego elementarza uczyć od początku. Że władza, a właściwie system jej wyłaniania i wola suwerena się rozchodzą. I po pierwszym impulsie protestu trzeba się politycznie zorganizować.

Tylko z kim tu gadać, jak nikt się nie zgłasza po drugiej stronie, zaś media zagłuszają sprawę? Z kim pogadać jak Włoch z Włochem?

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Źródło: dziennik zarazy
 0
Czytaj także