Złotowski: Mieszkańcy Europy nie chcą jednego federalnego państwa

Złotowski: Mieszkańcy Europy nie chcą jednego federalnego państwa

Dodano: 8
Kosma Złotowski, europoseł PiS
Kosma Złotowski, europoseł PiS / Źródło: PAP
Z Kosmą Złotowskim, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Karol Gac.

Karol Gac: Z inicjatywy PiS w Warszawie spotkali się liderzy europejskich partii prawicowych. Obecni byli m.in. Viktor Orbán czy Marine Le Pen. Celem jest stworzenie wspólnej frakcji w PE?

Kosma Złotowski: Jeżeli nawet, to nie musimy tego robić teraz. Chodzi o to, by się dobrze zrozumieć. W wielu kwestiach mamy zbliżone poglądy, a w innych odmienne. Dobrze więc jest poznać wzajemne racje, a dopiero później podjąć decyzję dotyczącą wspólnej frakcji w Parlamencie Europejskim.

Czy da się w ogóle pogodzić rozbieżne punkty? Wiadomo, że PiS ma np. odmienne podejście do Rosji i Władimira Putina.

To nieco odległa perspektywa. To, co nas łączy, to spojrzenie na Unię Europejską. Członkowie zarówno Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, jak i frakcji Tożsamość i Demokracja są przeciwni federalizacji UE. Uważamy, że powinna to być unia suwerennych narodów, które współpracują, ale i uczą się od siebie. Jeśli chodzi o podejście do Rosji czy np. niedawne słowa Marine Le Pen dotyczące Ukrainy, to istnieje tu fundamentalna różnica między nami. Jednak podobny pogląd mają w gruncie rzeczy kanclerz Angela Merkel i nowy niemiecki rząd. Oni blisko współpracują z Putinem i to na tyle, że byli kanclerze otrzymują sowicie wynagradzane stanowiska w rosyjskich spółkach energetycznych. Znalazło się tam przecież wielu prominentnych polityków europejskich. Inne spojrzenie na Rosję występuje z oddali – z Paryża czy Rzymu – a inne, gdy się jest jej sąsiadem.

Niemcy pierwszy raz wprost zapisały w umowie koalicyjnej dążenie do federalizacji UE. Waży się jej przyszłość i kierunek, w którym podąży?

Z całą pewnością. Niemcy zapisali w umowie koalicyjnej nie tylko to, że będą dążyć do federalizacji, lecz także to, że można to zrobić za pomocą zmiany traktatów albo metodą międzyinstytucjonalną. To oznacza, że o federalizacji UE miałyby decydować obecne instytucje unijne, zwłaszcza TSUE, które radzą sobie z tym całkiem dobrze, unikając jednocześnie pytania o zdanie obywateli.

Czy obecnie istnieje w ogóle szansa na „przesilenie” w Europie zdominowanej przez ugrupowania lewicowo-liberalne?

Zdecydowanie. Cała nadzieja w tym, że dojdzie do zmiany władzy we Francji, Włoszech czy w Hiszpanii. Z sondaży wynika, że partie konserwatywne i prawicowe rosną w siłę. Społeczeństwa krajów UE nie chcą przekształcenia Europy w jedno federalne państwo.

Politycy opozycji bardzo ostro skrytykowali spotkanie w Warszawie i zarzucili PiS, że brata się ze stronnikami Władimira Putina. Była też mowa o brunatnej Europie czy izolacji międzynarodowej. Jak pan się odniesie do tych zarzutów?

Jeśli chodzi o zarzuty dotyczące tego, że spotykamy się z partiami konserwatywnymi, to przepraszam, ale z kim mielibyśmy się spotykać? W zakresie dotyczącym przyszłości UE mamy podobne poglądy. Jeżeli nasze spotkanie wzbudza aż taką krytykę, to znaczy, że nasi oponenci słusznie widzą w tym rodzącą się nową siłę polityczną w Europie.

Został pan kandydatem Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów na przewodniczącego Parlamentu Europejskiej. Jednak arytmetyka w PE jest nieubłagana. Chodzi o zaprezentowanie innego spojrzenia na UE za pana pośrednictwem?

Z jednej strony to jeden z celów mojego kandydowania. Z drugiej zapowiada się, że obecna umowa w PE pomiędzy chadekami a socjalistami może nie zostać dotrzymana. Wcześniej uznawaliśmy prawo największej frakcji do wskazania kandydata na przewodniczącego, ale umowa została złamana już na samym początku kadencji w sprawie wyboru wiceprzewodniczących, gdy nie wybrano naszego kandydata, prof. Zdzisława Krasnodębskiego. Europejska Partia Ludowa zobowiązała się, że go poprze, ale tak się nie stało. Dzisiaj EPL sama może paść ofiarą złamania takiej wewnętrznej umowy przez socjalistów.

Kiedy wchodziliśmy do UE, to wydawało się, że jest to organizacja równych państw i zasad. Jest pan autorem raportu o barierach pozataryfowych na jednolitym rynku, które dotyczą zwłaszcza sektora transportu drogowego towarów. Okazuje się, że ograniczenia, na które natrafiają przewoźnicy m.in. z Polski, są nieproporcjonalne i nieuzasadnione. To kolejny przykład podwójnych standardów?

Z całą pewnością. Oczywiście jest to obudowane unijną nowomową i fałszywą wizją walki o prawa pracowników, w której rzekomo chodzi o dobro kierowców. Tyle tylko, że tu nie chodzi o prawa kierowców z Polski czy państw bałtyckich, ale francuskich czy niemieckich. Firmy z państw Europy Środkowo-Wschodniej poddaje się we Francji czy w Holandii uciążliwym kontrolom i nakłada horrendalne kary. Ewidentnie na wspólnym rynku stawiane są bariery tym, którzy się dynamicznie rozwijają, czyli w tym przypadku przedsiębiorcom z naszego regionu.

Unia Europejska funkcjonuje w sposób asymetryczny, a na wspólnym rynku korzystają w większym stopniu kraje Europy Zachodniej. Tego typu bariery mają służyć utrzymaniu status quo?

Po części tak, ale chodzi również o blokowanie rozwoju tzw. nowych państw UE, ponieważ Zachód obawia się dynamicznej konkurencji. Nie chodzi więc wyłącznie o utrzymanie status quo, lecz także o to, by przeciwdziałać rozwojowi państw naszego regionu w obszarze transportu, usług i handlu.

Zmieniając temat. Jest pan członkiem Zgromadzania Parlamentarnego Partnerstwa Wschodniego. Jak pan ocenia to, co się dzieje przy naszej wschodniej granicy?

Nie mam wątpliwości, że jest to działanie zaczepne o charakterze paramilitarnym, a ludzie, którzy są na granicę przerzucani przez białoruskie służby, są dla Łukaszenki żywą amunicją. Owszem, jest mi ich żal, ale uważam, że powinniśmy tutaj być bardzo stanowczy. Ważne jest także to, że jesteśmy skuteczni za nasze pieniądze i własnymi siłami. Pokazujemy w ten sposób sojusznikom, że nie tylko jesteśmy zdeterminowani, lecz także jesteśmy w stanie obronić naszą wschodnią granicę, a dopiero w drugiej kolejności granicę Unii Europejskiej.

A jak pan ocenia jej dotychczasowe działania?

Wysoko oceniam już sam fakt, że nie zostaliśmy skrytykowani tak, jak można było się tego spodziewać. Niemcy wyciągnęli wnioski z poprzedniej fali nielegalnej imigracji i doskonale wiedzą, że ci ludzie pojawiliby się szybko na granicy polsko-niemieckiej. Uzyskaliśmy wsparcie od UE, a nawet jakieś symboliczne środki finansowe, co należy uznać za pozytywny gest.

Tymczasem kanclerz Niemiec Angela Merkel zadzwoniła bezpośrednio do Alaksandra Łukaszenki.

Angela Merkel oceniła realnie sytuację: Łukaszenka nie jest prezydentem Białorusi, ale sprawuje tam władzę, więc do niego zadzwoniła. Polska była informowana o zamiarze takiej rozmowy. Pytanie, czy kanclerz Niemiec cokolwiek załatwiła. My już wcześniej uprzedziliśmy naszych partnerów w UE, że niezależnie od ustaleń dyplomatycznych będziemy bronić naszej granicy.

Klucz do rozwiązania obecnej sytuacji leży w Mińsku czy Moskwie?

Sadzę, że w Moskwie i po części w Kijowie. To tam są skierowane główne zamiary rosyjskie.

O co może chodzić Władimirowi Putinowi? O próbę wymuszenia ustępstw ze strony UE? Nord Stream 2? Pokaz siły?

Wszystko to, co pan wymienił, ale dodałbym jeszcze jeden element – crash test dla Unii Europejskiej, Polski i państw bałtyckich. Chodziło o sprawdzenie, jak w takiej sytuacji zachowają się elity polityczne tych krajów. Myślę, że – ku zaskoczeniu Rosjan – w większości zdały egzamin. Niestety, tylko zachowanie polskiej opozycji było kompromitujące, ponieważ zupełnie zignorowała fakt, że to atak na Polskę. Rosja z całą pewnością znalazła tutaj słaby punkt. Sądzę, że była to pierwsza bitwa, ale z całą pewnością będą kolejne.

Czy można powiedzieć, że idea Partnerstwa Wschodniego była chybiona? Z jednej strony roztaczano przed Białorusią czy Ukrainą wizję dołączenia do UE, ale z drugiej nie przekuwało się to na żadne realne działania. Niedawno doradca Angeli Merkel wprost przyznał, że „Niemcy zadbały o to, by Ukraina nie miała perspektyw euroatlantyckich”, sama kanclerz zaś „zawsze pamiętała, co byłoby akceptowalne dla Rosji”.

Partnerstwo Wschodnie to był bardzo dobry pomysł, ale warunkiem podstawowym była akceptacja jego głównych założeń przez najważniejsze rządy Europy Zachodniej. Jak naprawdę wyglądały relacje z krajami postsowieckimi, mogliśmy się przekonać w 2008 r. w Tbilisi. Poleciał tam Lech Kaczyński z przywódcami Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast prezydent Francji poleciał do Moskwy. Dzięki obecności na miejscu głów państw z naszego regionu nie doszło do zajęcia stolicy Gruzji. Tak wygląda prawdziwe partnerstwo, którego Francja czy Niemcy nigdy tym państwom nie zaoferują ze strachu przed reakcją Rosji.

Artykuł został opublikowany w 50/2021 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Rozmawiał: Karol Gac
Źródło: DoRzeczy.pl
 8
Czytaj także