Krzyż w koszu, prawda we mgle. Tomasz Terlikowski i unieważnienie krzyża

Krzyż w koszu, prawda we mgle. Tomasz Terlikowski i unieważnienie krzyża

Dodano: 
Dziennikarz Tomasz Terlikowski
Dziennikarz Tomasz Terlikowski Źródło: PAP / Tomasz Waszczuk
Tomasz Rowiński Sprawa wyrzucenia przez nauczycielkę języka angielskiego do kosza krzyża w szkole w Kielnie pokazuje przynajmniej dwie rzeczy o trwającej w Polsce debacie na temat ochrony przedmiotów kultu religijnego i uczuć religijnych.

Po pierwsze, że od początku do końca strona lewicowo-liberalna tej dyskusji przedmiotowo traktuje krzyż i stara się deprecjonować jego znaczenie, tak by przypadki naruszenia porządku prawnego i obyczajów w tym zakresie opinia publiczna traktowała jako bezprzedmiotowe. A po drugie, na przykładzie Tomasza Terlikowskiego, że publicyści zależni od medialnego układu, uchodzący przecież za społeczne autorytety, będą zmieniać swoje zdanie z dnia na dzień, jeśli tylko takie będzie oczekiwanie ich środowiska. Nawet jeśli będzie to miało oznaczać stosowanie tzw. victims blaming, czyli obarczanie winą lub przynajmniej jej częścią rzeczywiste ofiary tego rodzaju spraw. W tym konkretnym przypadku są nimi dzieci kielnieńskie.

To, co wiemy

Zacznijmy od kwestii oczywistych, których nikt nie podważa. W dniu 15 grudnia 2025 roku, nauczycielka z Kielna wyrzuciła do kosza śmieci krzyż zawieszony przez dzieci na ścianie w jednej z klas. Dodajmy, cytując opis sytuacji, który znamy dzięki prawnym pełnomocnikom uczniów: “Według zgodnych relacji dzieci, w trakcie lekcji nauczycielka zauważyła obecność krzyża i poleciła jednemu z uczniów, aby go zdjął. Uczeń odmówił. Wówczas nauczycielka – wyraźnie wzburzona – sama zdjęła krzyż, wspinając się na stolik, na którym stała klatka z chomikiem. Następnie nauczycielka podeszła do kosza na śmieci i wrzuciła do niego krzyż, wypowiadając przy tym wulgarny komentarz odnoszący się do krzyża. Relacje różnią się co do dokładnego brzmienia słów, jednak wszystkie potwierdzają użycie wulgaryzmu oraz wyraźnie pogardliwy ton wypowiedzi. Po wrzuceniu krzyża do kosza nauczycielka miała otrząsnąć ręce z wyraźną niechęcią i obrzydzeniem”.

Barbara Nowacka nie zaprzecza

Sprawa wyrzucenia krzyża do kosza jest niekwestionowalna. Był krzyż, zawieszony przez dzieci na ścianie, i trafił on do śmietnika. Nie ma znaczenia czy został on powieszony koło klatki dla chomika, na miejscu starego zegara i czy był on z taniego plastiku. Nawet minister Barbara Nowacka, która – by rugować religię ze szkół – jest gotowa łamać Konstytucję, na antenie – właśnie na tej antenie! – TVN24 wydusiła z siebie, że „każdy ma prawo do poszanowania godności swojej wiary”, a „nauczyciele mają specjalny obowiązek pokazywania dzieciakom wartości, dbałości o wartości i o szacunek”. Postępowanie anglistki minister w rządzie Tuska uznała wręcz za „beznadziejne”. Dodała także, że był to „błąd, który nie powinien mieć miejsca w szkole” i „zachowanie niedopuszczalne żadną normą społeczną”.

Relacja uczniów jest w tej sprawie także jednoznaczna: w sali gdzie doszło do zbezczeszczenia już wcześniej istniała sytuacja napięcia, jeśli chodzi o obecność krzyża. Krzyż kilkukrotnie znikał pomimo uprawnionych starań nauczyciela religii i uczniów, by miał on tam swoje stałe miejsce. Wreszcie uczniowie, po kolejnym incydencie zniknięcia krzyża, postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce i zawiesili – wedle relacji – wykonany na drukarce 3D krzyż z materiału syntetycznego. Dodać tu warto, że we wszystkich salach nowej części szkoły – szkoła była niedawno rozbudowywana – krzyże zostały zawieszone z inicjatywy rodziców i lokalnego sołectwa, a zatem nie była to kwestia kontrowersyjna z punktu widzenia społeczności związanej z tą placówką edukacyjną.

Pokrętna obrona

Warto teraz przytoczyć dłuższą wypowiedź nauczycielki – miała ona miejsce 9 stycznia br. – która jest dość zręczną próbą odwrócenia uwagi opinii publicznej od istoty sprawy. Zaczęła się ona od reakcji na oskarżenie, że wyrzucając krzyż do kosza dodała do tego działania jeszcze niestosowny, a może nawet wulgarny komentarz.

“To bzdury. Nigdy w życiu nie użyłam wulgaryzmu w kontakcie z uczniami czy w ich obecności. Jestem nauczycielką z powołania. Kocham moją pracę. Kocham moich uczniów. Naprawdę każdego dnia jadę do pracy z radością i z chęcią. Nie na siłę. Lubię to, co robię. Nigdy nic takiego nie miało miejsca”.

W powyższym akapicie, który być może mógłby poruszyć serce niezorientowanych w sytuacji odbiorców nie znajdujemy niczego więcej poza kreacją mającą ocieplić wizerunek autorki tych słów. Idźmy dalej, nie warto się przy tym zatrzymywać. Naprawdę ważne rzeczy dzieją się bowiem dalej:

“Nie komentowałam też nigdy w życiu przedmiotów czci religijnej. Po prostu wyrzuciłam ten gadżet do kosza. Wyrzuciłam gadżet od halloweenowego stroju, którym bawiły się dzieci, a następnie powiesiły go nad klatką chomika – w miejscu, w którym wcześniej wisiał zegar. Szanuję przedmioty czci religijnej i w życiu nie wyrzuciłabym krzyża reprezentującego wiarę. Jestem neutralna religijnie i bardzo tolerancyjna. Szanuję wiarę” – mówi dalej nauczycielka.

“Ścianka nad chomikiem byłaby w mojej opinii miejscem urągającym przedmiotowi religijnej czci. Jego miejsce powinno być wysoko, obok godła lub ewentualnie nad drzwiami. Jednak powtórzę: Ten przedmiot, który został powieszony przez dzieci, był elementem cosplayowego stroju – takiego przebrania; dzieci przebierają się za różne postaci, bywa, że za zakonnika, księdza czy śmierć. Nikt nigdy się do niego nie modlił – zastrzegła, wskazując, że w sali do angielskiego wisiało wyłącznie godło, a „plastikową zabawkę”, dostępną do zamówienia w sieci za 7,99 zł, uczniowie w ramach psikusa zawiesili podczas jej przerwy w zajęciach” – kończy wywód anglistka.

“Krzyż reprezentujący wiarę”

Powyższy fragment, który jedynie dla wygody lektury podzieliłem na dwie części nasuwa podstawowe pytania. Jeśli mieliśmy do czynienia z krzyżem zabawką, z przedmiotem nieistotnym, dlaczego znalazł się on w koszu? Dlaczego ten “psikus” wywołał tak gwałtowną reakcję nauczycielki, a jednocześnie wyraźny sprzeciw uczniów – skoro tylko sobie żartowali. Jeśli był to jedynie “psikus”, pedagogiczna droga do wyjścia z zaaranżowanej przez uczniów sytuacji powinna być zupełnie inna niż ta, która została wybrana przez nauczycielkę. A może sprawa wyglądała nieco inaczej i uczniowie zniecierpliwieni znanym w szkolnej społeczności antyreligijnym uporem nauczycielki, o której wiedzieli lub którą podejrzewali o zdejmowanie krzyży, postanowili postawić na swoim? Nie wykluczam nawet, że wszystko to zaczęło się w nastroju nieco sztubackiej przekory, a do uczniów powaga sprawy dotarła w chwili, gdy krzyż wylądował w koszu. Niczego nie zmienia to w ocenie działania nauczycielki z Kielna. Z drukarki 3D czy z Temu za 7,99 złotych przedmiot zawieszony na ścianie i wyrzucony do kosza okazał się jednak “krzyżem reprezentującym wiarę”.

Publicysta we mgle

Przejdźmy do drugiej, sygnalizowanej we wstępie kwestii. Wypowiedziami Tomasza Terlikowskiego choć przeważnie nie warto się zajmować, to jednak niestety czasem trzeba, ponieważ w sprawach dotyczących religii stał się on głównym pudłem rezonansowym liberalnej propagandy. Dobrze scharakteryzował publicystykę Terlikowskiego pewien komentator w mediach społecznościowy: “Jutro zmieni się narracja i znowu zmieni się Pana stanowisko. Taki z Pana komentator. Zabawne”. Trudno temu zaprzeczyć.

Droga, którą zmierza Tomasz Terlikowski jest na swój sposób szokująca. Publicysta ten, kiedyś nawet przesadnie agresywny apologeta wiary, którego wielka kariera w liberalnych mediach zaczęła się, jak mogłoby się zdawać, od stawania w obronie dzieci i innych bezbronnych osób wykorzystywanych przez dorosłych, szczególnie w Kościele, obecnie – w sprawie Kielna – podważa wiarygodność ofiar przemocy – symbolicznej i słownej – jakiej uczniowie doświadczyli od dorosłego. Nasuwa to podejrzenie, że dziś, jako dziennikarz liberalnego nurtu, w rzeczywistości zbiera rentę nie tyle własnej sprawiedliwości w sprawach wołających o pomstę do nieba, co gotowości atakowania Kościoła i ludzi wiedzących.

Jeszcze 8 stycznia br. Tomasz Terlikowski pisał na swoim profilu społecznościowym w następujący sposób:

“I tu trzeba powiedzieć zupełnie jasno. Nie ma i nie może być – jeśli to prawda – usprawiedliwienia dla takich działań nauczycielki. Jeśli ktoś nie jest w stanie zaakceptować poglądów i wiary swoich uczniów, jeśli świadomie decyduje się na akt (oceńmy to z perspektywy całkowicie świeckiej) jawnej wrogości wobec emocji i przekonań uczniów (i ich rodziców), to nie powinien uczyć w szkole publicznej. Jeśli ktoś nie rozumie – to nie znaczy, że musi go akceptować – znaczenia religijnego krzyża i nie rozumie, że takie zachowanie jest raniące dla uczniów, to nie ma wystarczającej empatii to bycia nauczycielem. Kto chce agresywnie narzucać swój światopogląd uczniom powinien zmienić swój zawód”.

Jak chorągiewka

Widzimy tu zdrową chrześcijańską reakcję solidarności z braćmi w wierze do jakiej Tomasz Terlikowski był zdolny i gotowy nieraz w przeszłości. Jednak ta trzeźwa ocena utrzymuje swoją aktualność zaledwie jeden dzień. Już 9 stycznia Tomasz Terlikowski pisze coś innego, to tym jak część mediów przełożyła wajchę tak by sprawę skręcić i zakłamać:

“Skandal – to wciąż odpowiednie słowo na określenie tego, co się wydarzyło. Tyle, że teraz trzeba je skierować w kierunku polityków i aktywistów prawicy. Dlaczego? Bo ujawnili imię i nazwisko nauczycielki, czego nie wolno im było robić. Jedynym skutkiem tego działania był hejt skierowany w jej kierunku. A hejt, niezależnie od intencji, jest złem. Skandaliczne, o czym pisałem, było również organizowanie protestów przed szkołą, przeszkadzanie w lekcjach, budowanie narracji politycznych na rzekomej (dzisiaj wiemy o tym więcej) obronie krzyża. Niesprawdzone informacje wykorzystano do budowania nienawiści i wrogości. Żadna z tych kwestii nie jest z całą pewnością chrześcijańska”.

W ciągu dwudziestu czterech godzin sprawczyni niegodnego czynu staje się nagle główną ofiarą sytuacji, a w świetle oskarżenia stają zbiorowo “politycy i aktywiści prawicy”. Domyślnie także uczniowie jako narzędzi złych dorosłych. Można nawet uśmiechnąć się gorzko w jaki sposób odwrócone zostało w tej wypowiedzi znaczenie użytego wcześniej słowa skandal, które tu otwiera akapit. Jasne też się staje, jakie są priorytety Tomasza Terlikowskiego, to krytyka jaka spotkała nauczycielkę za jej czyn jest złem absolutnym, a nie profanacja krzyża. Ta nagle wydaje się czym sumie nieistotnym.

Warta uwagi jest też krytyka ze strony Tomasza Terlikowskiego protestów, jakie miały miejsce pod szkołą. Idealnie wpisuje się ona w liberalny postulat zamykania spraw religijnych w kruchcie i prywatnych pieleszach, a zatem odbierania ludziom wierzącym prawa do skutecznej obrony w przestrzeni publicznej. Co więcej, krytyka ta usprawiedliwiona została przez podważanie wiarygodności uczniów, którzy w tej sprawie rzeczywiście zostali pokrzywdzeni i przekazali światu informacje o skandalicznym zachowaniu nauczycielki. Spójne świadectwa dzieci to zdaniem Terlikowskiego “niesprawdzone informacje” i “budowanie nienawiści”. W tym natłoku słów publicysty, który w sumie wydaje się niewiele wiedzieć o sytuacji w Kielnie, ginie podstawowa przyczyna skandalu, czyli wyrzucenie krzyża reprezentującego chrześcijańską wiarę do kosza na śmieci.

Rozwój narracji

W wywiadzie jakiego Tomasz Terlikowski udzielił “Dziennikowi Bałtyckiemu” (publikacja 16 stycznia br.), zarówno oceny z drugiego wpisu z mediów społecznościowych, jak i podawane przez nauczycielkę z Kielna we własnej obronie słowa, zostały poddane dalszej obróbce coraz mocniej – niestety – oddalając ich autora od rzeczywistości.

“Ona miała prawo zdjąć krzyż, nawet zabawkowy, powieszony być może w kpinie przez uczniów. To jest dla mnie oczywiste. Tylko że nie powinna go wyrzucać do śmieci. Niezależnie od tego, że jest to krzyż, jak wszystko wskazuje, halloweenowy, zabawkowy, plastikowy, to jest to symbol i nauczycielka powinna go po prostu wynieść w inne miejsce. W ten sposób uszanowałaby jakieś ewentualne emocje uczniów, ale przede wszystkim nie naraziłaby się na krytykę” – czytamy.

Mamy tu tę samą sprzeczność, którą widzieliśmy w słowach nauczycielki – jeśli ten krzyż był zabawką, “kpiną”, “psikusem”, dlaczego jego zdjęcie miałoby wywołać jakieś emocje u uczniów związane z ich religijnością. Dlaczego Tomasz Terlikowski, choć przyjmuje wersję, że krzyż był “halloweenowy”, uznaje równocześnie, że przy zdejmowaniu należało zachować wobec niego szacunek? Może uważa, jak liberałowie i lewica, jak wrogowie wiary, że krzyże po prostu można zdejmować, tylko nie należy się tym chwalić?

Publicysta pomija zupełnie, być może celowo, kwestię podstawową – uczucia uczniów mają tu znaczenie drugorzędne wobec zbezczeszczenia przedmiotu kultu religijnego. Choć Tomasz Terlikowski mocno nam to sugeruje – mówi jakby wbijał gwóźdź w deskę: “wszystko na to wskazuje”, gdy chce podkreślić rzekomo “zabawkowy” charakter krzyża – to nic nie jest w tym, co próbuje przekazać czytelnikom, “oczywiste”.

Przy tej okazji warto zwrócić uwagę na nadużywane przez Tomasza Terlikowskiego sugerujących sformułowań, które wypowiada maskując, jeśli nie własny brak wiedzy, to przynajmniej złożoność sytuacji. Tego rodzaju chwyty dobrze działają na tych odbiorców, którzy nie są w opisywanych przez Tomasza Terlikowskiego sprawach dobrze zorientowani. Tyle, że to nic innego jak stosowanie języka propagandy, przeciąganie na swoją stronę z użyciem sprytnych zabiegów. Doprawdy język Tomasz Terlikowskiego bardzo upodobnił się w ostatnim czasie do języka “Gazety Wyborczej”.

Oskarżanie ofiar

Głównym problemem wywiadu dla “Dziennika Pomorskiego” jest jednak to, że Tomasz Terlikowski – mówiąc metaforycznie – staje po stronie tych, którzy lubią sugerować, że przyczyną gwałtów są krótkie spódniczki.

“O ile uważam, że nauczycielka popełniła błąd, to uważam też, że Kościół powinien odpowiedzieć na pytanie, czy również w uczniach był wystarczający szacunek dla krzyża. Jak rozumiem, przynajmniej część z nich chodzi na katechezę” – mówi Terlikowski rozwijając insynuację mającą przerzucić winę na uczniów, postawić ich w złym świetle i zawstydzić.

Trzeba powiedzieć, że to co wyprawia się w wywiadzie dla “Dziennika Bałtyckiego” jest kompletnym skandalem. Można by się nawet zastanowić, czy nie mamy tu do czynienia ze słabo zakamuflowanym hejtem, który przecież nie musi charakteryzować się bezpośrednią agresją, ale może skrywać się także za elokwentną retoryczną manipulacją. Z pewnością mamy do czynienia z odbieraniem podstawy godnościowej tym, którzy mieli odwagę przeciwstawić się nieetycznemu, a może nawet przestępczemu postępowaniu nauczyciela.

Oczy szeroko zamknięte

Tomasz Terlikowski ma też pretensje, że cała sprawa jest nagrywana, relacjonowana i komentowana przez różne media oraz organizacje – oczywiście te “straszne”, bo prawicowe. Czy jednak było dla niego równie oburzające to, że Tomasz Sekielski czy Marcin Gutowski nachodzili parafie, księży czy siostry zakonne, gdy kręcili swoje demaskatorskie filmy o Kościele (będące zresztą w znacznej mierze wydmuszkami – w większości okazały się one albo naciągane, albo opowiadały historie już znane)? Oczywiście, że nie, bo przecież dziennikarze liberalni po prostu “szukają prawdy”, a ludzi prawicy “upolityczniają religię”, rozbijają jedność społeczeństwa i zakłócają spokojny sen dysponentom dominujących narracji. Ten schemat jest stary, znany i wielokrotnie opisywany, mało kto daje się na niego już nabierać poza właśnie politycznie uprzedzoną publicznością telewizji nadającej “prawdę całą dobę” czy czytelnikom gazety, której “nie jest wszystko jedno”.

Nie będzie wobec powyższego bardzo zaskakujące, że 25 stycznia br. Tomasz Terlikowski wystąpił na kanale radykalnie upolitycznionego i antyklerykalnego portalu Onet.pl, w programie Tomasza Sekielskiego i Magdaleny Rigamonti. Znów przyjął tam w sprawie z Kielna postawę rzekomego symetrysty, ale w rzeczywistości wyśmiał stanowisko przyjmowane przez uczniów i ich rodziny. Znów także popisał się niską wiedzą o sprawie, za to stawiał mocne tezy.

Przestroga dla wrogów krzyża

Zostawmy już jednak Tomasza Terlikowskiego. To, co wydarzyło się w Kielnie, a także reakcja obozu rządzącego – jego milczenie (poza wyżej opisaną reakcją minister Nowackiej) – oraz chrześcijan z Kielna i całej Polski, którzy stanęli w obronie krzyża, niech stanie się przestrogą dla tych, którzy chcą za pomocą polityki, środków administracyjnych i nienawiści obrażać Boga i ludzi wiary. Katolicy, a szerzej chrześcijanie, nie są w Polsce obywatelami drugiej kategorii i czas potulnego kładzenia uszu po sobie, jak robi to część inteligenckich katolickich środowisk i postaci publicznych, dobiegł końca. Na miejsce tych, którzy skapitulowali, przychodzą nowi, może mniej krzykliwi, ale bardziej stanowczy. Wierzący, co widzimy wyraźnie, nie potrzebują koncesji od liberałów i wolą mówić swoim głosem, tym bardziej, że Rzeczpospolita stoi w swoich prawach po ich stronie i trzeba o tym przypominać. Trzeba też tym prawom przywracać powagę. Miejmy nadzieję, że w sprawie kielnieńskiego krzyża tak właśnie się stanie.

Tekst powstał w ramach programu analiz Instytutu Ordo Iuris


Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.

Zapraszamy do wypróbowania w promocji.


Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także