NIEPRAKTYCZNA PANI DOMU Kiedyś się mówiło: używane ubrania. Przysyłali je krewni z Ameryki, kto nie miał krewnych, szedł na ciuchy.
Bo z ubraniami w PRL wiadomo, jak było, czyli ich nie było. Gdy po transformacji polski rynek się otworzył, niedobory krajowe spontanicznie i oddolnie wyrównały się dzięki sklepom z zagranicznymi używanymi ubraniami. Elegancko nazwano je second-handami; mniej elegancko mówił lud: lumpeksy. I ta nazwa przyjęła się, tracąc negatywny odcień znaczeniowy. Narzekań, że donaszamy ciuchy po Niemcach, nikt nie słuchał. Wszyscy kupowali w lumpeksach.
Felieton został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
