MACIEJ PIECZYŃSKI: Pani zdaniem większość Ukraińców nie popiera kultu Bandery i Szuchewycza. Jednocześnie twierdzi pani, że Wołodymyr Zełenski nazwał jeden z oddziałów wojskowych imieniem „Bohaterów UPA”, ponieważ uznał, że będzie to dobry chwyt PR-owski...
JULIA MENDEL: Gloryfikacja UPA to jeden z dowodów na to, jak bardzo Zełenski i jego ludzie są oderwani od rzeczywistości. Władza zajmuje się sobą, a tymczasem naród ledwo wiąże koniec z końcem. Zełenski pochodzi z Krzywego Rogu [czyli z rosyjskojęzycznego południowego wschodu Ukrainy – przyp. red.] i jestem przekonana, że banderowcy nigdy nie byli dla niego bohaterami. Ich kult jest większości Ukraińcom narzucany.
To po co Zełenskiemu kult UPA, skoro ten kult – jak pani przekonuje – nie cieszy się popularnością na Ukrainie?
Ukraińcy jako społeczeństwo nie są radykalni, wyznają raczej centroprawicowe poglądy. Problem w tym, że nacjonalizm jest ideologią ukraińskiej elity politycznej. Zełenski zaczął naśladować swojego poprzednika – Petra Poroszenkę. Wtedy po raz pierwszy w jego ustach wybrzmiało hasło „Sława Ukrainie”. Ten sam Zełenski, który szedł do wyborów z hasłem pokoju, obrał kurs na radykalizm. Dziś popiera kult UPA, ponieważ z nacjonalizmem na sztandarach łatwiej prowadzi się wojnę.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

