O chodzę w tym roku skromny jubileusz: mija 20 lat od publikacji książki „Michnikowszczyzna. Zapis choroby”. Przez cały ten czas, stale dodrukowywana bądź wznawiana w nowych edycjach, pozostaje ona na rynku i wielokrotnie słyszałem od różnych rozmówców, także istotnych dziś dla życia publicznego, że jej lektura zmieniła przed laty ich poglądy i wpłynęła na ich życiowe wybory. Pozwala mi to wierzyć, że nie ma na rynku lepszego opisu „transformacji ustrojowej” sprzed 30 lat.
Nie piszę jednak tego tekstu dla przechwałek, tylko by opisać zmory naszego życia publicznego, będące spuścizną zwycięstwa michnikowszczyzny w latach 90. – zmory, z którymi wciąż nie możemy się uporać, mimo wszelkich zmian, które się w ciągu tych 20 lat dokonały. „Gazeta Wyborcza” od dawna nie sprawuje już „rządu dusz” nawet nad żelaznym elektoratem rządzącej koalicji, młode pokolenie całkowicie odrzuciło autorytety „Salonu”, znajdując własne, po większej części zresztą znajdując je w obozie, którym od 35 lat straszyła i nadal straszy michnikowszczyzna, szermując histerycznymi oskarżeniami o faszyzm, rasizm i wszystko, co najgorsze.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

