„Zbrodnia bez kary”. Drugie życie hitlerowskich zbrodniarzy

„Zbrodnia bez kary”. Drugie życie hitlerowskich zbrodniarzy

Dodano: 1
„Zbrodnia bez kary”
„Zbrodnia bez kary”
Zapamiętano ich jako dyrektorów, lekarzy, prawników, dziennikarzy czy policjantów. W karierze nie przeszkodziła im zbrodnicza przeszłość w okupowanej Polsce.

Zaczęło się od tabliczki na jednym z cmentarzy w Bonn. Na zadbanym grobie Wilhelma Koppego co jakiś czas, ale zawsze 1 listopada, pojawia się kolorowa kartka z napisem „Obergruppenführer SS Wilhelm Koppe, wyższy dowodca SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie. Odpowiedzialny za terror, masowe morderstwa, rozstrzeliwania, Holokaust. Nigdy nieukarany!!!”. Pracownik cmentarza cierpliwie ją usuwa, ale anonimowy twórca nie rezygnuje. Chce zwrócić uwagę na zapomniany temat. Bo Wilhelm Koppe został przez wielu zapamiętany jako dyrektor fabryki czekolady, a nie jako zbrodniarz. Dzięki córce, która poślubia barona, wchodzi swojego czasu w kręgi arystokracji, a dzięki synowi – poważanemu prawnikowi i dyrektorowi rządowej agencji – ma znajomości wśród adwokatów i polityków młodej Republiki Federalnej.

Pierwsze życie

Swoją przeszłość szefa aparatu policyjnego w okupowanej Polsce Koppe próbuje starannie zatrzeć. Po wojnie żona zgłasza jego zaginięcie, a on – jeszcze przez kapitulacją Niemiec – zmienia nazwisko na Lohmann, w dokumentach wpisuje inną datę i miejsce urodzenia. Przez kilka lat jest ostrożny, ale potem przestaje być czujny. Przenosi się do Bonn – ówczesnej stolicy Republiki Federalnej Niemiec – i pnie po szczeblach kariery.

Maskarada wychodzi na jaw w 1960 roku. Niemieccy śledczy wpadają na trop Koppego i były generał SS trafia na ponad dwa lata do aresztu śledczego. Opuści go za sprawą kaucji, którą wpłaci jeden z banków. W 1964 roku prokuratura w Bonn ma gotowy akt oskarżenia. Na 348 stronach oskarża Koppego o współudział w mordowaniu i podżeganie do zabójstwa. Przypisuje mu m.in. współudział w morderstwie 145 tys. osób w obozie Kulmhof, współudział w morderstwie 1558 chorych w KL Soldau w Działdowie, a podczas służby w Krakowie – podżeganie do mordowania Polaków i żądanie odpowiedzialności zbiorowej.
Do rozprawy jednak nigdy nie dojdzie i Koppe nie odpowie za zbrodnie popełnione w Polsce. Lekarze zaświadczają o złym stanie zdrowia, a prokuratura zawiesza postępowanie.

Mur milczenia

Wnuczki Koppego, które udało się odnaleźć, o przeszłości dziadka dowiadują się z Internetu. Ponad dwadzieścia lat temu przeczesują sieć, szukając odpowiedzi na pytania, które w ich rodzinnym domu pozostawały bez odpowiedzi. Słyszały tylko, że dziadek był nazistą i generałem SS, ale szczegółów nikt im nigdy nie wyjaśnia. Zapamiętują go jako autorytarnego, wymagającego, trochę tyrana, ale dla wnuków miłego i hojnego. Jako nastolatki odwiedzają go w mieszkaniu nad Renem. Koppe wie już wtedy, że nie grozi mu żaden proces.

Alexandra i Beatrix są wstrząśnięte zbrodniami, za jakie był odpowiedzialny ich dziadek, ale chcą o tym mówić. Przywołują w pamięci spotkania z nim i rozmowy z matką, która jako nastolatka spędziła sześć lat w okupowanej Polsce. Opowiadają o wuju, który też musiał dobrze pamiętać życie w Generalnym Gubernatorstwie, a jako prawnik szukał sposobów na uniewinnienie ojca. Obie burzą mur milczenia, który postawili rodzice.

Uniewinnienie

O przeszłości nie mówiło się także w rodzinie Jakoba Lölgena – dowódcy oddziału jednostki operacyjnej Einsatzkommando 16, odpowiedzialnego za mordowanie polskich intelektualistów. „Polskiej inteligencji w Bydgoszczy już nie ma” – melduje swoim przełożonym w listopadzie 1939 roku. Po wojnie przechodzi pomyślnie procedurę denazyfikacji i wraca do pracy w policji, zostając nawet szefem wydziału kryminalnego. Dopiero w połowie lat 60. ubiegłego stulecia niemiecki wymiar sprawiedliwości upomina się o Lölgena. Udaje się wytoczyć mu proces i oskarżyć o pomocnictwo w zamordowaniu setek Polaków. Przed sądem były dowódca zapewnia jednak, że wcale nie chciał być w Bydgoszczy, a rozkazy wykonywać musiał. Sąd w Monachium uznaje, że nie przedstawiono dostatecznych dowodów, które obalałyby wersję oskarżonego i uniewinnia Lölgena.

Jego wnuk pamięta, że w domu nie rozmawiało się o drugiej wojnie światowej. Dziadka Jakoba zachowuje we wspomnieniach jako ciepłego, kochającego i dowcipnego człowieka. – Bawił się z nami, zawsze czułem się u niego dobrze – mówi. Dopiero parę lat temu zaczyna dokładniej przyglądać się biografii dziadka. Jest zszokowany, ale stara się dociec, czy odmawiając wykonania rozkazu, jego dziadek faktycznie ryzykował zdrowie i życie? Fakty jednak mówią same za siebie.

Ostatnia fotografia

Marek Bieliński nigdy swojego dziadka nie poznał. Władysław Bieliński został rozstrzelany 1 listopada 1939 roku na terenie bydgoskiego Fordonu, nazwanego później Doliną Śmierci. Po dziadku – nauczycielu – zostało mu jego ostatnie zdjęcie. Jest czarno-białe. Władysław stoi z rękami założonymi za głowę. Ma na sobie ciepły sweter i marynarkę. Na szyi zawiązany szalik. Za nim widać dwóch kolejnych mężczyzn. Stoją nad wykopanymi w ziemi dołami. Tę ostatnią fotografię dziadka jego wnuk zna od dziecka i do dziś wywołuje w nim ogromne emocje. Bo to twarz człowieka, który wie, że za chwilę zginie.
To właśnie Lölgen wydał na śmierć Władysława Bielińskiego i ponad 300 innych niewinnych mieszkańców Bydgoszczy. Wszystko w ramach rozkazu Heinricha Himmlera, aby „zlikwidować polską inteligencję”.

Sprawcy i ofiary

Zbrodnie Jakoba Lölgena, Wilhelma Koppego i tysięcy innych nazistowskich zbrodniarzy pozostały bez kary. Według obliczeń niemieckich historyków w czasie istnienia Trzeciej Rzeszy bezpośrednią odpowiedzialność za popełnione zbrodnie ponosi około 200 000 osób. Przeciwko 87 000 z nich wszczęto śledztwo, ale tylko około 7000 dochodzeń zakończyło się wyrokami. I tylko 182 z nich to wyroki dożywocia.

Jak to możliwe, że tak wielu uniknęło kary, a w powojennych Niemczech zrobiło kariery? Na to pytanie odpowiada książka „Zbrodnia bez kary” – zbiór najciekawszych reportaży i wywiadów cyklu, który powstał we współpracy trzech redakcji: Deutsche Welle, Interii i Wirtualnej Polski. Zalążkiem dziennikarskiej akcji była właśnie kolorowa tabliczka na grobie Wilhelma Koppego, przypominająca, że za zbrodnią powinna iść kara. Na ponad pięciuset stronach książka dokumentuje mało znane historie nazistowskich zbrodniarzy w okupowanej przez Niemców Polsce.

Prace nad tekstami prowadzone były z reguły przez duety autorek i autorów – jedna osoba działała w Niemczech, druga w Polsce. – Współdziałanie trzech redakcji z Polski i Niemiec przy tym projekcie to nie tylko przykład znakomitej polsko-niemieckiej współpracy, ale i unikalnego połączenia kompetencji i możliwość przedstawienia dwóch perspektyw – sprawców i ofiar. Nieodpokutowane winy niemieckich zbrodniarzy pozostaną na zawsze plamą w historii Niemiec, zaś losy ofiar – przestrogą – mówi redaktor naczelny Polskiej Sekcji Deutsche Welle i pomysłodawca cyklu Bartosz Dudek.

Bywało, że dopiero od dziennikarzy rodziny dowiedziały się o losach swoich krewnych. Jak w przypadku 11-letniego Stasia, który padł ofiarą eutanazji – akcji T4. Chory na padaczkę chłopiec trafia w 1943 roku do kliniki w Lublińcu, gdzie niemieccy lekarze wstrzykują mu śmiertelne dawki środka nasennego. Rodzice nie opowiadają rodzeństwu Stasia o jego losie, nikt nie jeździ na zbiorowy grób, który do dzisiaj przetrwał za kliniką w Lublińcu. Rzadko płoną tam znicze, prawie nie ma kwiatów. Tylko blaszana tabliczka informuje, że to „mogiła 194 dzieci – ofiar eksperymentu, przeprowadzonego przez hitlerowców w latach 1942-1944”.

Dzięki jednemu z reportaży taki znicz pali się teraz dla Stasia. Na kartach książki.

Zbrodnia bez kary”. Wydawnictwo M, Kraków 2022.

Źródło: Wydawnictwo M
 1
Czytaj także