Teatr Jednego Idioty
  • Rafał A. ZiemkiewiczAutor:Rafał A. Ziemkiewicz

Teatr Jednego Idioty

Dodano:   /  Zmieniono: 9
Subotnik Ziemkiewicza



Czy pamiętają Państwo taki film „Borat”? Swego czasu był dość popularny, niektórych nawet rozśmieszył, więc większość pewnie tak – ale na wszelki wypadek króciutko przypomnę. Otóż brytyjski komik wcielił się w rzeczonym dziele w postać śmiesznego głupola, który przyjeżdża z Kazachstanu do Ameryki i zagaduje o różne sprawy jej obywateli. Głupol jest skrajnym prymitywem, z dumą opowiadającym Amerykanom, że u niego, w Kazachstanie, pije się sfermentowany mocz kobyły, posuwa własne siostry, a ulubioną rozrywką porządnego Kazacha jest polowanie na Żydów. Zamysł był taki, żeby w kontakcie z wygadującym horrendalnie prostackie androny dzikusem nieświadomi podpuchy Amerykanie „odkrywali się”, pokazując, że wcale nie górują tak bardzo nad krajem opitych moczem kazirodców-żydobójców, jak się to im samym wydaje. Mówiąc nawiasem, z tego zamiaru moim skromnym niewiele wyszło – film poszedł raczej w klimaty koszarowe i  niespecjalnie jest wart oglądania, ale mniejsza o to.
Na potrzeby niniejszego felietonu potrzebny mi tylko jako przykład. Nie musze chyba wyjaśniać, że Kazachstan wymyślony przez komika na potrzeby filmu to byt umowny, sklejony ze stereotypowych wyobrażeń Zachodu o cywilizacyjnym zacofaniu, i jako taki nie ma nic wspólnego z realnie istniejącym państwem. Tak jak – kto pamięta – pojawiające się w starym telewizyjnym teletasiemcu „Dynastia” egzotyczne Księstwo Mołdawii nawet nie próbowało udawać prawdziwego państwa o takiej nazwie, leżącego na pograniczu Rumunii i Ukrainy. Kazachstan ma oczywiście swoje kłopoty i swoje cywilizacyjne zapóźnienia, ale nie są one związane ani z piciem moczu, ani z kazirodztwem, a Żydzi, o ile mi wiadomo, w ogóle tam nie występują, w każdym razie nie w ilościach łownych.

To nie jest nowy chwyt w literaturze. Sto lat temu pewien francuski awangardysta, Alfred Jarry, na identycznej zasadzie napisał sztukę teatralną, której akcję umieścił na umownym zadupiu świata, w kraju odległym i w ogóle nieistniącym – Polsce. Nazywało się to „Ubu Królem, czyli Polacy”, a zaczynało wszystko wyjaśniającą adnotacją: „rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie”.

W istocie, Jarry nawet nie próbował ukrywać, że jakąś tam Polskę – mówiąc językiem jego dramatu – ma głęboko w dupie, i równie dobrze mógłby nazwać krainę ze swej opowieści Transylwanią albo Tralfalmadorią. Może Polska mu się skojarzyła z wojskowością, bo tytułowy Ubu (typowe polskie nazwisko) miał być dowódcą kawalerii, może akurat poprztykał się z zaprzyjaźnionym poetą polskiego pochodzenia Wilhelmem Apolinarym Kostrowickim, który w historii światowej literatury zapisał się jako Guillaume Appollinaire, może urzekł go dziwny status ontologiczny kraju, który nie do końca wiadomo czy jest, czy go nie ma – czort wie. Ważne, że tyle właśnie miało to wspólnego z Polską, ile Borat z analizą rządów Nursułtana Nazarbajewa. Kilka drugorzędnych postaci dramatu nosi imiona takie jak Stanislas czy Vladislav, ale generalnie rzecz jest po pierwsze, totalna kpiną i atakiem na ówczesne pojęcie dobrego smaku (pierwsze padające ze sceny i najczęściej na niej używane słowo to „gówno”), po drugie, satyrą – dość banalną – na wszelką władzę i na rewolucję, która, mówiąc słowami naszego Fredry,  „wszystkim równo nosa utrze, szlachtę powiesi jutro, nie-szlachtę pojutrze”, a po trzecie nabijaniem się z dzikusów, do czego Francuzi zawsze są chętni, mając za dzikusów wszystkich, którzy nie mówią ich językiem i nie potrafią prawidłowo dobrać wina.

Minęło sto lat, i w Polsce, tej istniejącej realnie, prowokacje dawno zapomnianego awangardysty stały się natchnieniem dla tutejszych artystycznych salonów. Nie jako klasyka „pure nonsense” czy teatru awangardowego, tylko jako „rozrachunek z polskimi wadami narodowymi”.

Tak…

Rzecz jest tak idiotyczna, tak surrealistyczna (Jarry, gdyby widział, pękłby ze śmiechu) aż po prostu nie sposób uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Ale się dzieje. Najpierw Piotr Szulkin, za komuny twórca znakomitej „Wojny Światów”, po roku 1989 jak wielu innych zupełnie pogubiony i bezradny wobec rzeczywistości, zrobił z „Króla Ubu” film. Jak sam wyznawał, ekranizacja tej krytyki „polskich wad narodowych” stała się jego idee-fixee, żeby zdobyć na swe dzieło, wstąpił nawet (tak to wyjaśniał) do honorowego komitetu poparcia Aleksandra Kwaśniewskiego jako kandydata na prezydenta – w końcu dzieło powstało, psa z kulawą nogą nie zaciekawiło, choć miało wiele pochwalnych recenzji, unikających co prawda odniesień do samego utworu, ale zgadzających się, że Polska to hołota i chłostać ją, jak nie ma czym, to i francuskim teatrem absurdu sprzed stulecia, jest artystyczną ambicją zasługującą na pochwałę.

Minęło parę latek, i teraz do „Ubu” dorwał się pan Klata, reżyser teatralny, nieszczęściem dla polskiej kultury uczyniony przed paru laty dyrektorem zasłużonej i ważnej niegdyś krakowskiej sceny. Pan Klata postanowił „Królem Ubu” – jak ze śmiertelna powagą wyznaje „Newsweekowi”, a dziennikarz tego tytułu z równie śmiertelną powaga słucha – pokazać Polakom ich wady, jadąc z tym przedstawieniem w samo polskie jądro ciemności, na katolickie i prawicowe podkarpacie i lubelszczyznę.

Podobno zresztą udało mu się odnieść sukces, taki mianowicie, że tu czy tam przyjazd jego teatru wzbudził protesty. Nie wiem, czego dotyczyły – jeśli marnowania pieniędzy podatników na dotowanie kretyna, to były w pełni uzasadnione. Jeśli obrony polskiego poczucia narodowej godności przed spektaklem, ukazującym Polaków jako skrajnych debili i pierdzących głośno prymitywów, to są one nakręceniem kolejnej pętli w spirali niewyobrażalnego wręcz absurdu.

Pan Klata – stwierdzam bez prób zapoznania się z jego dziełem, na podstawie wspomnianego wywiadu w „Newsweeku” – okazuje się tak skrajnym idiotą, że wszelka próba poważnej dyskusji z nim ośmieszyłaby mnie. Jak tu idiocie tłumaczyć, że sztuka Jarry’ego  nie mogła się w żaden sposób do Polski odnosić, choć ma w tytule słowo „Polacy”, bo sam Jarry ani nic o nas nie wiedział, ani go to interesowało? Że ta sztuka, wbrew tytułowi, dzieje się nie w Polsce, ale „nigdzie”? Że Polska ma swoje problemy, ale nie należy do nich to, że rządzi tu, względnie w jakiejkolwiek realnej perspektywie mógłby zacząć rządzić, brutalny prostak i dureń, nakazujący budować wielkie zbiorniki gówna, aby dobywającym się z nich gównianym gazem, będącym, jak uwierzył, naszym narodowym bogactwem, napędzać wielkie turbiny? Że wreszcie wyjeżdżanie do Polaków z taką krytyką naszych odwiecznych narodowych wad ma tyle samo sensu, co gdyby jakiś podobny Klacie i Szulkinowi idiota z Kazachstanu nadął się na swych rodaków, że muszą skończyć z piciem kobylego moczu i tak dalej?

Zastanawiam się, co w nieszczęsnym „Ubu” – sztuczce dość głupiej, i w swych prymitywnych, skatologicznych prowokacjach raczej odstręczającej – uwodzi polskich reżyserów? Znajduję tylko jedną odpowiedź – widać tak oni zmurzynieli i tkwią w tak obsesyjnej oikofobii, że wszystko, co mówi źle o Polakach, wprawia ich w twórcze podniecenie i stan „świętego szału”. Nawet, jeśli jest to bluzg w tak oczywisty sposób oderwany od jakiegokolwiek sensu, jak francuski odpowiednik „Borata” sprzed stulecia.

Pamiętacie Państwo mój stary tekst o literaturze III RP jako szmoncesie? Nie?! Jak to możliwe, skoro nawet przedrukowałem go potem w książce „Uwarzałem Że”? No cóż, proszę to nadrobić, a na razie przypomnę króciutko swe rozpoznanie, które kolejny idiota właśnie w całej rozciągłości potwierdził. Szmonces, zapamiętany jako najcelniejsza spuścizna polskiego przedwojennego kabaretu, była to szydera zasymiliowanych, spolonizowanych Żydów z Żydów-chałaciarzy, pozwalająca owym zasymilowanym judeopolakom śmiać się razem z Polakami czystej krwi. Leczyło to ich kompleksy i utwierdzało w przekonaniu, że się od swego żydostwa odcięli definitywnie i na zawsze, że skoro rżą równo z dialogów Rapaporta i Goldberga siedząc na jednej widowni z generałem Wieniawą i hrabiostwem Szczeropolskimi, to i zasiadają z nimi na tej samej półce społecznej budowli.

Ogromna część polskiej kultury – ta promowana różnymi „Nike” czy „Paszportami Polityki” – to nic innego, tylko taki właśnie murzyński szmonces. Polskie białe czarnuchy, które własna polskość pali w strasznym poczuciu niższości żywym ogniem strasznie chcą się w jej wyszydzaniu zasłużyć, odciąć się demonstracyjnie i wykpić swe murzyńskie korzenie w przekonaniu, że to z nich uczyni Europejczyków. Tak strasznie tego chcą, że są gotowi brnąć w największe, najoczywistsze głupoty, nie zdając sobie sprawy, że – jak każdy parweniusz udający kogoś, kim nie jest i nie będzie – są bardzo śmieszni. Sztuka Jarry’ego nie mówi o Polakach nic, ale jej współczesna polska recepcja – niestety, dużo.

 9
Czytaj także