ŚwiatProszę państwa, za chwilę koniec świata

Proszę państwa, za chwilę koniec świata

Dodano

Silvio, ach Silvio... Jeszcze za nim zatęsknimy. Czymże bowiem będzie włoska polityka bez Berlusconiego?

Marek Magierowski *

Dwóch starszych panów wrzeszczy na siebie z całych sił. Jeden siedzi w fotelu i wymachuje kartką papieru. Najwyraźniej świetnie się bawi, bo z jego twarzy nie schodzi uśmiech. Drugi pochyla się nad nim i gwałtownie gestykuluje, ale minę ma jednoznacznie marsową.

Ten pierwszy to niejaki Silvio Berlusconi, były premier Republiki Włoskiej. 76-letni polityk, który czuje się przed telewizyjnymi kamerami jak ryba w wodzie i który nigdy nie traci okazji, by udowodnić rodakom swoją charyzmę, intelektualny błysk i fizyczną jurność. Ten drugi to Michele Santoro, 61-letni dziennikarz, dla którego Berlusconi to diabeł wcielony. Walczy z nim od kilkunastu lat i najchętniej osobiście przegryzłby mu tętnicę, po czym z rozkoszą napiłby się jego krwi.

Do starcia dochodzi 10 stycznia 2013 r. w studiu włoskiej prywatnej stacji La7, w trakcie programu „Servizio pubblico” („Służba publiczna”). Trwa ostra kampania przed wyborami parlamentarnymi, zaplanowanymi na koniec lutego. Ugrupowanie Berlusconiego – Lud Wolności – goni w sondażach lewicową Partię Demokratyczną. Były premier nie opuszcza żadnego programu publicystycznego, żadnego talk-show, występuje, gdzie się tylko da, przemieszczając się codziennie z jednej telewizji do drugiej. Jego blitzkrieg przynosi efekty: Lud Wolności ciuła kolejne punkty procentowe, a lewica z przerażeniem patrzy, jak Berlusconiemu rosną sondażowe słupki.

A przecież ten nieznośny błazen miał już zniknąć raz na zawsze z włoskiej polityki. Wraz ze swoim narcyzmem, ze swoją bezczelnością i z wulgarnością, ze swoją skłonnością do psucia demokracji i manipulowania prawem, wreszcie ze swoim upodobaniem do cielesnych igraszek z kobietami lekkich obyczajów. Przez tyle lat Berlusconi przynosił Italii wstyd, a nagle okazuje się, że Włosi wciąż go cenią, lubią i są gotowi zagłosować na niego raz jeszcze [...].

Berlusconiego nie zdołał zniszczyć nawet Michele Santoro, choć pracował nad tym przez kilkanaście lat. Miał nadzieję, że zada swojemu wrogowi ostateczny cios właśnie 10 stycznia. Do tej pory Berlusconi unikał programów Santoro jak ognia, co najwyżej łączył się ze studiem telefonicznie, by zwymyślać samego prowadzącego i polityków lewicy (wedle nomenklatury Il Cavaliere – „komunistów”). Tym razem jednak przyjął zaproszenie, bo wiedział, że tylko telewizja może mu dać wyborczy sukces, że tylko dzięki telewizji będzie mógł znowu zaczarować swoich rodaków.

Tego dnia talk-show Michele’a Santoro oglądało 9 mln Włochów. Nigdy jeszcze stacja La7 nie przyciągnęła przed ekrany tylu widzów. Tuż przed rozpoczęciem transmisji Berlusconi powiedział: „Uwielbiam mecze wyjazdowe”, a na twitterowym koncie sztabu Ludu Wolności pojawiła się informacja: „Proszę państwa, premier Berlusconi za chwilę wejdzie do jaskini lwa”.

Silvio był w swoim żywiole. Bez pardonu atakował politykę ekonomiczną premiera Montiego, zarzekał się, że kryzys to nie jego wina, bo dotknął przecież cały świat, a Włosi jeszcze niedawno wydawali pieniądze bez opamiętania („W 2009 r. restauracje były pełne, ciężko było zarezerwować bilety lotnicze!”). W pewnym momencie Santoro pokazał publiczności klip wideo ze szczytu NATO w kwietniu 2009 r. (odbywającego się w dwóch miastach: francuskim Strasburgu i niemieckim Kehl), na którym Berlusconi wychodzi z limuzyny z komórką przy uchu i zamiast przywitać się z czekającą na niego Angelą Merkel, odchodzi na kilka minut i kontynuuje rozmowę. Kanclerz Niemiec się uśmiecha, ale wyraz jej twarzy zdradza zdziwienie zachowaniem szefa włoskiego rządu. „Zobaczcie, Merkel jest nieźle wkurzona. To, co robi Berlusconi, to jest coś nieprawdopodobnego!” – kpił Santoro. „Kopie pan sobie grób” – ripostował Berlusconi. „Rozmawiałem wtedy z premierem Turcji Erdoğanem. I właśnie podczas tej rozmowy przekonałem go do kandydatury Andersa Fogha Rasmussena na sekretarza generalnego NATO. Później wszyscy mi gratulowali i dziękowali [...]”.

OPERA MYDLANA, ODCINEK 764.

Berlusconi jest obecny we włoskiej polityce od blisko 20 lat. W mediach – jeszcze dłużej. Dla niektórych jest pajacem, dla innych sprawnym hochsztaplerem, dla jeszcze innych po prostu wzorcowym przedstawicielem klasy politycznej Italii – zakochanej w sobie, skorumpowanej, pasożytującej na społeczeństwie. Co za różnica: Berlusconi, Monti, Bersani, Prodi, d’Alema, Amato – zmieniają się nazwiska, nazwy partii, ale i tak wszyscy biorą łapówki i kradną. Czasami mniej, czasami więcej. Jedni lepiej wypadają na ekranie, inni gorzej. Jedni potrafią przekrzyczeć swojego adwersarza, inni kulą ogon pod siebie. Ci pierwsi wygrywają, ci drudzy lądują na aucie.

Jednak jeden człowiek zawsze pozostaje na arenie, niezależnie od okoliczności. Posiniaczony, coraz bardziej wyczerpany, lecz niezmiennie gotowy do walki [...].

Włosi traktują kolejne zmiany w życiu politycznym tak jak zwroty akcji w operach mydlanych. Notabene to właśnie ten gatunek sztuki telewizyjnej pomógł odnieść sukces Berlusconiemu, gdy podbijał on medialny rynek Italii w latach 80. „Mechanizm jest bardzo prosty. Scenariusz każdego odcinka jest skonstruowany tak, aby każdy oglądający myślał, iż za chwilę nastąpi koniec świata” – piszą w jednej ze swoich analiz Annalisa Cappellini i Francesco Grillo z think tanku „Vision”. „Okazuje się jednak, że można sobie odpuścić oglądanie kolejnych epizodów przez kilka miesięcy (a nawet lat), a potem włączyć telewizor i dojść do wniosku, iż niewiele się zmieniło. Berlusconi wciąż jest w centrum wydarzeń, wokół niego krążą zaś jego sprzymierzeńcy i wrogowie. Model opery mydlanej sprawia także, że widzowie zaczynają się identyfikować z głównym protagonistą [...]”.

Berlusconi może drażnić włoską lewicę, żurnalistów, a nawet Angelę Merkel. Jego skrajny narcyzm wywołuje mdłości. Jednak nie można mu odmówić jednego – perfekcji w wykorzystywaniu mediów. Berlusconi ma niesamowite wyczucie kamery, wyjątkowy kontakt z publicznością (nawet z taką, która rozszarpałaby go na kawałki), tryska energią na wszystkie strony. Raczy swoich słuchaczy pikantnymi anegdotami, które nierzadko przyprawiają o ból zębów, choć niektóre z jego dowcipów są całkiem udane. Na przykład ten o Milanie i Interze, dwóch słynnych drużynach piłkarskich z Mediolanu, do których Il Cavaliere ma stosunek szczególny. Głównie dlatego, że jest właścicielem tego pierwszego. „Mój przyjaciel jest zawziętym kibicem Interu” – opowiadał podczas jednego z mityngów. „Jest zakochany w tym klubie, podobnie jak cała jego rodzina, włącznie z psem. Mówi, że gdy Inter remisuje, jego pies szczeka jak szalony. Gdy Inter przegrywa, kuli ogon i wpełza na kilka godzin pod łóżko. Pytam więc: A co robi twój pies, kiedy Inter wygrywa? – Nie wiem – odpowiada mój przyjaciel. – Mam go dopiero od 15 lat [...]”.

UPRZYWILEJOWANE STOSUNKI Z WOŁODIĄ

Wcześniej Berlusconi kilkakrotnie wywoływał konflikty dyplomatyczne, nawet z państwami, z którymi – jak mogłoby się wydawać – Włochy powinny utrzymywać przyjacielskie stosunki. Na przykład z Finlandią.

czasie negocjacji Berlusconi nie omieszkał podkreślić swojej odrazy do skandynawskiej kuchni („Nie ma porównania między szynką parmeńską a wędzonym reniferem”), a gdy już wszystko poszło po jego myśli i Unia Europejska wybrała na siedzibę Parmę, włoski premier zdradził, iż złamał opór Tarji Halonen, prezydent Finlandii, używając swojego „uroku playboya”. Wkrótce jeden z jego ministrów, chcąc ratować przełożonego, pogrążył go (i siebie samego) jeszcze bardziej: „Każdy, kto widział, jak wygląda pani Halonen, zdaje sobie sprawę, że Berlusconi żartował”. Prezydent Finlandii nie zraziła się i odpowiedziała z klasą: „Mam wrażenie, że pan Berlusconi przecenia swoje możliwości perswazji”. Na całym zamieszaniu najlepiej wyszła fińska sieć restauracji Kotipizza, która niemal natychmiast wprowadziła do swojego menu pizzę o nazwie „Berlusconi”. Jej głównym składnikiem było... mięso renifera [...].

Spośród wszystkich światowych przywódców najsilniejsze i najbardziej sekretne związki łączyły Berlusconiego z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Opisuje je w swojej książce „L’amico Putin” Francesca Mereu, włoska dziennikarka specjalizująca się we współczesnej Rosji. Na zdjęciu zdobiącym okładkę obaj panowie występują w futrzanych czapach – fotografia została wykonana podczas spotkania w Zawidowie, w lutym 2003 r., przy temperaturze –21 st. C. Między przywódcami Włoch i Rosji panowała jednak dużo gorętsza atmosfera. Il Cavaliere regularnie latał do Putina na imprezy urodzinowe oraz na prestiżowe spotkania Klubu Wałdajskiego, gromadzące polityków i ekspertów debatujących na temat spraw międzynarodowych. W kwietniu 2002 r. Berlusconi został zaproszony do rezydencji Putina w Soczi („Czuję się tak, jakbym jechał w odwiedziny do starego przyjaciela” – mówił wówczas dziennikarzom). Kilka miesięcy później Putin wraz ze swoimi córkami przyjechał do willi Berlusconiego na Sardynii. Włoski rząd mówił wówczas o „uprzywilejowanych stosunkach” między Rzymem a Moskwą, a sam Berlusconi czuł się zobowiązany, by bronić swojego „starego przyjaciela” przed niesłusznymi zarzutami naruszenia praw człowieka na Zakaukaziu. O wojnie w Czeczenii mówił jako o „operacji terrorystycznej” i pouczał media, by nie rozpowszechniały antyputinowskich plotek. A o samym Putinie – iż jest dla Rosji prawdziwym darem niebios [...].

Włosko-rosyjska kooperacja gospodarcza układała się tak znakomicie, że niektóre media zaczęły podejrzewać, iż Berlusconi może mieć w tych kontaktach osobisty interes. Miały to potwierdzać m.in. depesze ambasadora USA w Rzymie Ronalda Spoglego, ujawnione pod koniec 2010 r. przez portal WikiLeaks. Amerykański wysłannik powoływał się na przykład na rozmowy ze swoim odpowiednikiem z Gruzji, który twierdził, że Berlusconi miał otrzymywać swoją „działkę” za każdą umowę między ENI a Gazpromem. Spogli zwracał też uwagę na postać Valentino Valentiniego, posła Ludu Wolności, skromnego i unikającego rozgłosu, który miał być głównym „rozgrywającym” Berlusconiego w jego relacjach z Rosjanami. Valentini posługiwał się biegle językiem Czechowa i jeździł do Moskwy jeszcze częściej niż jego mentor. Co tam dokładnie robił, z kim się spotykał i rozmawiał – to nie jest do końca jasne. „Stugębna plotka głosi, że Valentini pilnuje po prostu interesów Berlusconiego w Rosji” – pisał w jednej z notatek ambasador Spogli [...].

ODYNIEC, NARCYZ, KOMBINATOR

„Niegrzeczny Silvio” był dla całej armii dziennikarzy, ale również dla milionów zwykłych Włochów, prawdziwym darem niebios (tak jak Putin dla Rosji). Przeglądając się w lustrze jego kariery – biznesowej i politycznej – każdy mógł dostrzec swoje własne grzechy i... natychmiast je sobie odpuścić. Jeżeli ktoś zaczynał swoją przygodę z kapitalizmem od wręczenia komuś łapówki czy wykorzystania kontaktów w świecie polityki, to nie miał czego żałować, „bo przecież sam premier zaczynał tak samo”. Jeżeli ktoś porzucał żonę i oddawał się uciechom w domach publicznych, to mógł się łatwo oczyścić – wskazując na Berlusconiego. Jeżeli ktoś lubił klakę i światła scenicznych reflektorów, jeżeli był w sobie zakochany bez pamięci, jeżeli kłamał, nie dotrzymywał obietnic i od czasu do czasu robił z siebie publicznie pajaca – nic nie różniło go od szefa włoskiego rządu [...].

Spośród polityków, którzy w ostatnich 20 latach zajmowali fotel premiera Italii, to właśnie Berlusconi był najbardziej „włoski”. Inteligentny, sprytny, energiczny. Narcyz i kombinator. Nienasycony odyniec, z mizoginicznymi inklinacjami. Symulujący kontuzje w polu karnym i faulujący przeciwników wtedy, gdy nie widzi tego sędzia. Kiedy jego drużyna schodzi z boiska pokonana, Berlusconi zrzuca winę na arbitra, na murawę, na wrogą publiczność. Przyznanie się do porażki nie wchodzi w grę.

Berlusconi jest przecież Milanem. A Milan nie przegrywa. Przegrywa tylko Inter. •

Powyższy fragment pochodzi z książki Marka Magierowskiego „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej”, która ukazuje się w tym tygodniu nakładem Ośrodka Myśli Politycznej.

 0

Czytaj także