Taką informację przekazał p.o. prokuratora generalnego USA Todd Blanche, cytowany w niedzielę (26 kwietnia) przez agencję prasową Reuters. Dodał, że podejrzany prawdopodobnie podróżował pociągiem z Los Angeles do Chicago, a następnie do Waszyngtonu.
Strzały w hotelu w Waszyngtonie
31-letni mężczyzna otworzył ogień podczas koalicji dla korespondentów Białego Domu. Do zdarzenia doszło w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego w hotelu Hilton w Waszyngtonie.
Służby ewakuowały parę prezydencką – Donalda Trumpa i Melanię Trump, a także wiceprezydenta J.D. Vance'a. Sprawca, zidentyfikowany jako Cole Tomas Allen z Torrance w Kalifornii, został aresztowany. W poniedziałek sąd ma formalnie postawić mu zarzuty.
Jeden z funkcjonariuszy Secret Service został postrzelony z bliskiej odległości, jednak – jak powiedział Trump dziennikarzom – uratowała go kamizelka kuloodporna.
Trump celem napastnika?
Prezydent USA zapytany, czy uważa, że był celem napastnika, odparł, że chyba tak i porównał się do Abrahama Lincolna, pierwszego amerykańskiego prezydenta, który został zamordowany w 1865 r.
– Badałem zamachy i muszę powiedzieć, że najbardziej wpływowi ludzie, ci, którzy robią najwięcej… ci, którzy wywierają największy wpływ, to właśnie ich atakują – oświadczył.
Strzały na przyjęciu z Trumpem padły w hotelu, gdzie w 1981 r. przeprowadzono zamach na ówczesnego prezydenta Ronalda Reagana.
Słowa rzeczniczki Białego Domu okazały się prorocze
Furorę w mediach społecznościowych robi nagranie, na którym rzecznik prasowa Białego Domu Karoline Leavitt mówi w wywiadzie dla Fox News, że podczas wystąpienia Trumpa "będzie zabawnie" i że "dziś wieczorem w sali padną strzały".
Leavitt powiedziała później, że jej słowa były jedynie żartem i nie miały na celu wywołania niepokoju.
Czytaj też:
Strzały na przyjęciu z Trumpem. Głos z Pałacu Prezydenckiego
