Zbliżał się wieczór, gdy w Alei Corts tramwaj numer 30 potrącił starszego mężczyznę o wyglądzie kloszarda. Trochę potrwało, zanim pechowego przechodnia przetransportowano do szpitala. W kieszeniach nie miał żadnych dokumentów, tylko modlitewnik oraz garść orzechów zmieszanych z rodzynkami. Dopiero przed świtem architekta odszukali zaniepokojeni jego zniknięciem współpracownicy. Rano odzyskał przytomność, lecz obrażenia (złamane żebra i rozbita czaszka) okazały się na tyle poważne, że mimo wysiłków lekarzy trzy dni po wypadku, 10 czerwca 1926 r., pożegnał się z życiem.
Barcelona, w odruchu nieczystego sumienia, urządziła Antoniemu Gaudíemu pompatyczny pogrzeb. Pochowany w mnisim habicie i z różańcem w ręku na placu budowy, czyli w krypcie powstającej bazyliki dedykowanej Świętej Rodzinie, zaznał spokoju – ale tylko przez dekadę. Gdy w Hiszpanii wybuchła wojna domowa, republikanie sprofanowali grób, podpalając mimochodem pracownię i archiwum nieboszczyka.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
