Kiedy myślę o Syberii, najpierw wraca do mnie tamten luty 1989 r. Nie lato, nie zieleń tajgi, nie połysk rzeki pod niskim słońcem, ale biały bezkres między Górami Wierchojańskimi i Górami Czerskiego, skrzypienie płóz, ciężki oddech reniferów, dzwonki przy ich szyjach i mróz, który nie był temperaturą, lecz żywiołem. Wyruszyliśmy wtedy z Jakucka w stronę Ojmiakonu, światowego bieguna zimna, w kawalkadzie sań, przez krainę, gdzie człowiek natychmiast traci pewność siebie. W Europie mówi się: minus dwadzieścia, minus trzydzieści. Tam takie liczby przestają robić wrażenie. Tam mróz ma własną osobowość. Wchodzi pod futro, szuka szczeliny przy karku, zaciska się na policzkach, odbiera czucie palcom i przypomina, że natura nie musi być wroga, aby być bezlitosna.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
