ZdrowieGen. Gielerak: Nie możemy biernie czekać na drugą falę epidemii COVID-19

Do Rzeczy o zdrowiu Dodatek tygodnika „Do Rzeczy”

Gen. Gielerak: Nie możemy biernie czekać na drugą falę epidemii COVID-19

Polscy medycy wojskowi
Polscy medycy wojskowi / Źródło: Wiktorzak Paweł/WIM
Dodano
Jeśli ogniska zakażeń nadal będą się pojawiać, to stwarzamy wirusowi warunki do przetrwania do jesieni. A to oznacza, że wirus jeszcze długo będzie stanowił poważne zagrożenie dla naszego zdrowia oraz bezpieczeństwa i stabilności państwa – mówi gen. prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego.

Polska była jedynym krajem na świecie, w którym lekarze walczyli z koronawirusem nie tylko w swoim kraju, ale też we Włoszech, Stanach. Dlaczego Wojskowy Instytut Medyczny zdecydował się na takie misje? Misja w Lombardii odbywała się, gdy był tam szczyt zachorowań.

Chcieliśmy pomóc Włochom w tym najtrudniejszym okresie, a jednocześnie uzyskać informacje konieczne, by ograniczyć w Polsce epidemię, zanim jeszcze w pełni do nas dotarła. Wiedzieliśmy, jakie skutki niesie w Lombardii, stąd inicjatywa, by pojechać tam z misją humanitarną, której celem było też uzyskanie wartościowych informacji dotyczących sposobu organizacji systemu ochrony zdrowia w warunkach epidemii oraz poznanie procedur medycznych: jak leczyć, jak izolować chorych. Włosi bardzo szybko opracowali szereg metod postępowania, oceny stanu chorych na COVID-19 na podstawie badania radiologicznego. Powstały u nich pierwsze europejskie kompleksowe wytyczne dotyczące leczenia. Te informacje na bieżąco przesyłali nam uczestnicy misji. Mieliśmy informacje z pierwszej ręki, niezwłocznie je implementowaliśmy w praktyce klinicznej.

W Polsce nie było jeszcze wtedy wytycznych, jak leczyć COVID-19.

Leczenie to nie tylko farmakoterapia, ale też wiele zaleceń np. dotyczących diagnostyki, sposobu prowadzenia wentylacji: w tym przypadku sprawdzała się wentylacja prowadzona u pacjenta leżącego na brzuchu, ale też trzeba było wiedzieć, jak ją stosować. Misja włoska miała też na celu poznanie aspektu organizacyjnego: jak organizować szpitale, jak je chronić przed napływem osób zarażonych. Włoska służba zdrowia w ciągu trzech dni została sparaliżowana, ponieważ tak dużo osób zakażonych napłynęło do szpitali. Opanowały sytuację na nowo podjęte działania organizacyjne, wydzielenie stref, w których odbywało się diagnozowanie, ustalenie sposobu postępowania. Włosi główny strumień chorych przekierowali na leczenie ambulatoryjne; w szpitalach byli leczeni wyłącznie chorzy wymagający wspomagania oddychania. Pozostali byli nadzorowani przez lekarzy rodzinnych w domu. Włosi wypracowali wiele procedur służących ocenie stanu zdrowia pacjenta, pozwalających rozpoznać ewentualne ryzyko pojawienia się niewydolności oddechowej: np. krótki wywiad telemedyczny, prosty test liczenia na jednym wydechu do 20 już był jednym z kryteriów oceniających wydolność oddechową. Do tego dochodziła ocena saturacji oraz rewelacyjny model diagnostyczno-prognostyczny oparty o zdjęcie RTG klatki piersiowej. Na jego podstawie Włosi podejmowali decyzje kliniczne. To bardzo istotne, bo jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, jak bardzo ta choroba przebiega podstępnie. Gdy w naszym szpitalu zaczęli pojawiać się na SOR pacjenci z COVID-19, wszyscy lekarze mówili: „Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem”. Widać było ogromną dysproporcję między samopoczuciem chorego – generalnie dobrym – a bardzo złymi wynikami badań, jak RTG klatki piersiowej czy ocenie utlenowania krwi.

Chorzy nie czuli, w jak bardzo złym stanie byli?

Nie czuli, a w ciągu kilkudziesięciu minut mogli znaleźć się pod respiratorem. Dzięki misji włoskiej wiedzieliśmy, że chory z określonym obrazem radiologicznym płuc jest pacjentem bardzo wysokiego ryzyka, trzeba go zostawić w szpitalu, najlepiej na oddziale intensywnej terapii. Dzięki tej wiedzy na pewno uratowaliśmy wiele osób. I własne sumienia, ponieważ nikt z naszych pacjentów nie został odesłany do domu z powodu tego zwodniczego obrazu choroby. Jeszcze zanim pojawiły się zalecenia amerykańskie, pojawił się standard Brescii, czyli szpitala, w którym byliśmy podczas misji: Włosi zwrócili uwagę, że pacjenci wychodzący z niewydolności oddechowej, zdrowiejący, nagle zaczynali umierać. Powodem była zatorowość płucna. Zaskakujące było to, że u wszystkich chorych stosowano profilaktykę przeciwkrzepliwą. Stąd wniosek Włochów, który stosowaliśmy u nas, że chorzy wymagają nie profilaktycznych, tylko leczniczych dawek leków przeciwkrzepliwych. To zupełna nowość w profilaktyce przeciwzakrzepowej, w żadnej chorobie tak nie postępujemy.

Polscy medycy z WIM byli też na podobnej misji w szpitalach amerykańskich. Jak dawali sobie radę z epidemią Amerykanie?

Misja w Stanach miała charakter ekspercki, oparty na wzajemnej wymianie doświadczeń. Byliśmy dla Amerykanów cennym partnerem, ponieważ mieliśmy już doświadczenia z Włoch. Byliśmy też na misji w Słowenii: obejmowała ona zarządzanie epidemią na poziomie strategicznym. Słoweńcy mieli ciekawe doświadczenia dotyczące m.in. zarządzania kryzysem w domach opieki społecznej. Jeśli pojawiały się tam masowe zachorowania, to zakażonych nie przenoszono do szpitala, tylko szpital organizowano w tym ośrodku. Już na starcie przygotowano zespoły medyczne, pod kątem udzielania pomocy w tego typu miejscach.

Wydaje się, że jesteśmy po pierwszym kryzysie spowodowanym SARS-CoV-2, choć w Polsce krzywa zachorowań w zasadzie nie spada. Faktycznie mamy spodziewać się kolejnej fali jesienią? Jak się do niej przygotować?

Niestety, mamy ogniska zakażeń i możemy liczyć się z tym, że nadal będą się pojawiać, a to oznacza, że stwarzamy wirusowi warunki do przetrwania do jesieni. Mam nadzieję, że uda nam się doprowadzić do takiej sytuacji, że będziemy skutecznie walczyć z epidemią. Musimy zacząć eliminować ryzyko zakażeń ogniskowych.

Jak to zrobić?

Zmiany powinny dotyczyć miejsc najwyższego ryzyka, jak duże zakłady pracy. Biorąc pod uwagę charakter kontaktu ludzi między sobą, gdy w takim miejscu pojawi się nawet tylko jedna osoba zakażona, wirus będzie szybko się rozprzestrzeniać. Te miejsca powinny być objęte szczególnym nadzorem. Po drugie, powinniśmy zacząć więcej, w wymiarze systemowym, korzystać z krajowego rejestru pacjentów z COVID-19. Przy tej liczbie danych, jaka jest już tam zgromadzona, mogą one dać cenne informacje na temat tego, gdzie mogą znajdować się potencjalne grupy ryzyka. To ważne w kontekście ryzyka pojawiania się kolejnych ognisk. Możemy wykorzystywać nowe technologie – mobilne aplikacje; jeśli okaże się, że dana osoba ma rozpoznane zakażenie, to za ich pomocą jesteśmy w stanie szybko dotrzeć do osób, które miały z nią kontakt. Tak walczyli z epidemią Koreańczycy. Kolejny etap strategii to prowadzenie w nich masowych testów przesiewowych, ale w sposób ukierunkowany na wspomniane wyżej grupy zwiększonego ryzyka zapadalności i rozprzestrzeniania się wirusa. W ten sposób mamy szansę ograniczyć ryzyko jego reprodukcji.

Czyli nie możemy po prostu czekać na tzw. drugą falę jesienią?

Najgorszą rzeczą jaką możemy zrobić, to biernie czekać. Niestety, jeśli chodzi o walkę z epidemią, to z pozycji lidera – bo gdy podejmowaliśmy decyzję o zamknięciu granic, ograniczeniu mobilności, wprowadzeniu dystansowania się, to wiele innych krajów w Europie jeszcze przyglądało się rozwojowi sytuacji, a niektóre wręcz nas krytykowały – dziś bardzo szybko przesuwamy się na pozycję outsidera. Zbyt wiele miejsca zostawiamy przypadkowi, czekaniu na szczepionkę. Mamy obowiązek działać tu i teraz, wykorzystując wszystkie narzędzia, którymi dysponujemy. A jeśli nimi nie dysponujemy, to mamy jeszcze kilka miesięcy, by je stworzyć. Gdy wejdziemy w okres jesienno-zimowy, kiedy koronawirus może krzyżować się z grypą, to nie będziemy mieć już tak komfortowej sytuacji, jaka była w marcu, kiedy wychodziliśmy z okresu zimowego. Dlatego dziś powinniśmy zrobić wszystko, by wyeliminować wirusa z naszego otoczenia i stworzyć warunki do spokojnego wejścia w okres jesienno-zimowy. Szwedzi, Niemczy idą w kierunku osiągnięcia jak najwyższego wskaźnika odporności populacyjnej. Szwedzi nie zabezpieczyli jednak głównych grup ryzyka, stąd mają blisko 30-50-procentową śmiertelność w domach spokojnej starości. Niemcy tego błędu nie popełnili, ich strategią też jest odporność populacyjna przy maksymalnej ochronie osób starszych. Jednak oni dziś już mają nieporównywalnie wyższy niż my odsetek osób mających przeciwciała. Trudno jednak powiedzieć, czy uda im się dość do tego, by 60 proc. osób miało odporność, bo przy takim poziomie można już mówić o odporności zbiorowej. Na pewno nie wolno nam czekać i mówić, że ogniska takie jak na Śląsku, będą się zdarzać. Będą, jeśli nie będziemy nic robić. A to nie jest dobre, bo oznacza, że wirus jeszcze długo będzie dla nas – naszego zdrowia oraz bezpieczeństwa, stabilności państwa – stanowił poważne zagrożenie.

Gen. dyw. prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak jest specjalistą chorób wewnętrznych i kardiologiem, dyrektorem Wojskowego Instytutu Medycznego.

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 23/2020
Artykuł został opublikowany w 23/2020 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Od północy z 10 na 11 lipca trwa cisza wyborcza [Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę 12 lipca. Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.

Czytaj także