Bez kłamstw i manipulacji

Bez kłamstw i manipulacji

Ukraina, Ministry of Foreign Affairs of Ukraine
Ukraina, Ministry of Foreign Affairs of Ukraine
Dodano
POLEMIKA Z POLEMIKĄ | Zmartwiłem się, gdy usłyszałem, że Dorzeczy.pl opublikowało polemikę Dawida Wildsteina z moim tekstem. Nigdy nie miałem okazji poznać go osobiście, ale znajomość mojego medium z dziennikarzem Niezależnej ma już, niestety, swoją historię. Sięga ona końca stycznia bieżącego roku, kiedy to Kresy.pl nieopatrznie skrytykowały jeden z tekstów Wildsteina, w którym ten upierał się, że problem banderyzmu na Majdanie ma marginalne znaczenie.

Spodziewaliśmy się wówczas ze strony Wildsteina merytorycznej odpowiedzi, ale zamiast tego nadesłał nam delikatne sprostowanie, w którym nieomalże zgadzał się z tezami opublikowanego przez nas tekstu. Co ciekawe, Wildstein ogłaszał jednocześnie, gdzie tylko mógł, że nie będzie pisał pełnowartościowej polemiki, ponieważ Kresy.pl na pewno by jej nie opublikowały (mimo iż publicznie i prywatnie zobowiązaliśmy się ją opublikować). Uznaliśmy zatem sprawę za zamkniętą.

Niesłusznie. Wildstein nie miał ochoty na merytoryczny spór, ale to nie znaczy, że o nas zapomniał. Już kilka dni później donosił o naszych „kłamstwach i propagandzie” w związku z podaną przez nas informacją o sterroryzowaniu polskiego autobusu przez ukraińskich nacjonalistów. Począwszy od tego momentu, zachowanie Wildsteina zaczęło zdradzać objawy obsesji. Nasza działalność utrzymywała go w stanie ciągłego moralnego wzmożenia. Niemal codziennie zarzucał nam „kłamstwa”, „manipulacje”, „nienawiść”, a nawet „tęsknotę za holocaustem” i „donosicielstwo” (ponieważ rzekomo donieśliśmy na niego administratorom Facebooka). Każde nasze najmniejsze potknięcie (prawdziwe bądź wydumane) było skrupulatnie odnotowywane przez Wildsteina i od razu interpretowane jako świadome wyrządzanie zła wszystkiemu co dobre, piękne i szlachetne. Wespół ze swoim redakcyjnym kolegą - Samuelem Pereirą - Wildstein przeprowadził nawet „internetowe śledztwo”, z którego niezbicie wynikało, że portal Kresy.pl znajduje się w rękach Ruchu Narodowego (a wiadomo, kto stoi za Ruchem Narodowym…). Z tej okazji Pereira stworzył specjalną infografikę (rozpowszechnianą sumiennie przez Wildsteina), która błyskawicznie rozeszła się w sieci. Nasze sprostowania tylko częściowo zneutralizowały szkody zadane nam przez młodych „niezależnych”. Wildstein z resztą do dziś publicznie utrzymuje, że „obecny naczelny przejdzie do historii jako facet, który zeszmacił ten portal [Kresy.pl] oddając go łapy Ruchowi Narodowemu”. Trudno o większe przywiązanie do zaleceń klasyka propagandy: kłamcie, kłamcie, kłamcie - zawsze coś z tego zostanie.

Taki właśnie bagaż doświadczeń sprawił, że wiadomość o kolejnym tekście Wildsteina napełniła mnie przygnębieniem. Walka z notorycznie powtarzanymi, w dodatku wielopiętrowymi kłamstwami jest stokroć trudniejsza niż samo kłamanie, jest także przykra, nie daje wielkiej satysfakcji i zdaje się być pracą skazaną na niepowodzenie, a jednak trzeba ją podjąć.

Jak było z autobusem

Jednym z najpopularniejszych kłamstw rozpowszechnianych na nasz temat jest sprawa polskiego autobusu sterroryzowanego przez ukraińskich nacjonalistów w nocy z 23 na 24 stycznia pod Nowojaworowem na Ukrainie.

Wiele osób, sporządzając listy grzechów portalu Kresy.pl, umieszcza sprawę autobusu na koronnym miejscu jako ewidentny dowód naszych podejrzanych intencji, ponieważ, jak niezbicie „wykazała” Agnieszka Romaszewska, wprowadziliśmy w błąd opinię publiczną w tej sprawie.

Tymczasem rzecz przedstawia się następująco. Dnia 25 stycznia opublikowaliśmy bez opatrywania jakimkolwiek komentarzem relację bezpośredniego świadka wydarzeń - Weroniki S., ukraińskiej studentki - która opisała incydent w następujący sposób:

…ludzi może 20 już otoczyli autobus i zaczęli tłuc… powiedzieli żeby podjechać, choć jak się okazało zamiaru przepuszczenia dalej nie było, na początku naskoczyli na kierowcę, który spokojnie milczał opuściwszy głowę, wysłuchując pijanych okrzyków i przekleństw (bo ty Polak i co sobie myślisz, że tobie wszystko można)… Ludzie zaczęli prosić, że jadą do domu, że nic im nie zrobili, to ok „Ukraińcy niech wyłażą i możecie jechać”, jakiemuś Polakowi wyrwali telefon bo robił zdjęcia, kierowca łzawo zaczął proponować pieniądze, do autobusu jeszcze zaszło pięciu z zakrytymi twarzami, dalej zaczęli krzyczeć z pogróżkami, że tu mają „pokojowy protest” dlaczego wy tu się pchacie Mazurzy. Wtedy jakoś wymyślono, żeby każdy Polak (i w ogóle każdy) w dwie strony powiedział (Chwała Ukrainie – Chwała bohaterom)… jeżeli nie chce pójść w palenisko, wszyscy zalęknieni we łzach mówili… kierowcy dali 10 sekund na przejechanie przez ogień… przez ogień oznaczało w ogień…

Do dziś nie pojawiły się żadne informacje, pozwalające wątpić w to, że cokolwiek z opisywanych przez Weronikę S. wydarzeń odbyło się w inny sposób.


Naszej informacji nie osłabia również „dziennikarskie śledztwo” przeprowadzone przez Agnieszkę Romaszewską, które de facto potwierdza to, co w swojej relacji napisała Weronika S. Różnica polega na tym, że Romaszewska, a za nią Wildstein, pod groźbą publicznego zniesławienia kategorycznie domagają się od nas, byśmy nazywali agresorów „podpitymi gówniarzami”. Oboje wydają się być osobiście obrażeni faktem, że odpowiedzialnością za incydent obarczyliśmy ukraińskich nacjonalistów.

Jedyną istotną różnicą pomiędzy relacją Weroniki S. a opowieścią Romaszewskiej jest zakończenie całego wydarzenia. Zdaniem Romaszewskiej, „przyszedł starszy lider tego protestu na drodze i tych kilku podpitych gówniarzy wyrzucił z autobusu, przeprosił pasażerów i wskazał objazd”. Nie bronimy Wildsteinowi i Romaszewskiej wierzyć na słowo liderom lwowskiego „Majdanu” (żywotnie przecież zainteresowanym w zbagatelizowaniu skandalu), musimy jednak stanowczo zaprotestować, gdy domagają się tego od wszystkich pozostałych uczestników debaty publicznej. Warto zauważyć, że Romaszewska, w przeciwieństwie do nas, nie przytacza relacji świadków, ale kogoś, kto zna kogoś, kto rzekomo był świadkiem.

Nikt nie odbiera Wildsteinowi prawa do oceny jakości naszych źródeł. Jednak pomiędzy stwierdzeniem, że jakaś informacja powinna zostać potwierdzona w większej ilości źródeł, a stwierdzeniem, że jest fałszywa, istnieje wyraźna granica, do której przekraczania dziennikarz Niezależnej nie miał najmniejszego prawa.

Jak było z transparentem

Tak, daliśmy się nabrać na kiepską prowokację. Jeden z nas opublikował na naszej stronie na Facebooku znalezione w internecie zdjęcie, na którym widoczny był transparent z hasłem „Stepan Bandera - Żołnierz wyklęty”, rzekomo rozwinięty na manifestacji poparcia dla Ukrainy we Wrocławiu. Zdjęcie okazało się fotomontażem. Nasz człowiek popełnił błąd, dał się nabrać, ale wpis wisiał tylko 30 sekund. Został usunięty w tym przedziale czasowym przez tę samą osobę, która go opublikowała i która sama zorientowała się, że popełniła błąd. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Wildstein utrzymuje, że feralne zdjęcie wisiało na naszym facebookowym profilu dłużej niż 30 sekund. Prawdopodobnie się pomylił, w przeciwnym wypadku musiałbym założyć, że kłamie z premedytacją. Wildstein twierdzi również, że zdjęcie zostało opublikowane na Twitterze, co również nie jest prawdą. Na Twitterze został automatycznie opublikowany jedynie link do Facebooka.

Ponieważ incydent wydawał się być tak marginalny, zdecydowaliśmy się nie publikować oficjalnego dementi, nie chcąc nadawać temu zdarzeniu rangi na którą w żaden sposób nie zasłużyło.

Kładliśmy się spać nieświadomi tego, co przygotowują redakcje „niezależnych” mediów. Już następnego dnia rano ukazały się szkalujące nas materiały w telewizji Republika i w portalu Niezależna.pl. Artykuł w Niezależnej został zatytułowany „Mistrzowie fotomontażu. Ujawniamy manipulację portalu Kresy.pl”. Dziennikarze Niezależnej w niedwuznaczny sposób sugerowali, że sami spreparowaliśmy zdjęcie z transparentem. Co więcej, autor/autorzy tekstu utrzymywali, że zdjęcie z Facebooka zostało przez nas usunięte dopiero po „ujawnieniu manipulacji” przez telewizję Republika. Oczywiście ani Telewizja Republika, ani Niezlezna.pl nie skontaktowały się z nami przed publikacją swoich materiałów, jakby bojąc się, że nasz komentarz mógłby osłabić ich „sensację”.

Mimo przyłapania na jawnym kłamstwie, Niezalezna nie tylko nie wycofała się ze swoich zarzutów, ale do starych kłamstw dodała nowe, publikując screen z Facebooka, mający być dowodem na to, że zmanipulowane zdjęcie wisiało u nas nie 30 sekund, a co najmniej 59 minut, bo tyle wskazuje licznik widoczny na screenie „ujawnionym” przez Pereirę. Publikowanie tego typu „dowodów” świadczy albo o nieznajomości mechanizmów Facebooka, albo o kompletnym braku skrupułów w posługiwaniu się manipulacją. Kłamstwa kolportowane przez Niezależną zostały jeszcze tego samego dnia powielone przez strony Telewizjarepublika.pl, Gość.pl i Fronda.pl - ta ostatnia już bez najmniejszych oporów napisała, że Kresy.pl znajdują się „na usługach Moskwy”, oraz oskarżyła nas o „jawną proputinowską miłość”.

Wszystkie te okoliczności każą nam przypuszczać, że celem tej sprawnie skoordynowanej operacji, w którą zaangażowane zostały aż cztery wielkie media, nie było nic innego, jak chęć wyrządzenia możliwie największych szkód wizerunkowych „sowieckiej agenturze”. Gdyby było inaczej, tacy stróże dziennikarskich standardów jak pracownicy Niezależnej, Frondy, Gościa czy Republiki z pewnością skontaktowali by się z nami osobiście, by chociażby poznać nasze stanowisko w opisywanej przez nich „aferze”. Ponieważ tego nie zrobili, mamy wszelkie prawo przypuszczać, że ich celem było nie tyle opisanie incydentu, co wykonanie wyroku na portalu, który zdążyli wcześniej zidentyfikować jako „putinowską tubę”.

Jak było z flagami

Rzeczywiście opublikowaliśmy materiał z którego wynikało, że Wyższa Szkoła Oficerska we Wrocławiu została przyozdobiona flagami Ukrainy oraz czerwono-czarnymi flagami UPA. Materiał wydawał się solidny. Dysponowaliśmy fotografiami i relacją osoby, która wykłócała się o zawieszone flagi z ochroniarzami pilnującymi budynku (którzy mieli jej potwierdzić, że to właśnie flagi UPA wisiały na budynku WSO). Po 40 minutach zorientowaliśmy się, że popełniliśmy fatalny błąd. Materiał został usunięty, a my zamieściliśmy oficjalne przeprosiny, kierując je zarówno pod adresem samych żołnierzy, jak i naszych użytkowników. Fakt, że miało miejsce dementi i przeprosiny, nie jest jednak w stanie skłonić Wildsteina do odmówienia sobie tej niesamowitej frajdy, jaką musi dawać mu kopanie leżącego nieprzyjaciela.

Miarą absurdu, w jaki popadł młody Wildstein jest fakt, że domaga się od nas usprawiedliwienia publikacji takich materiałów, jak wywiad z ambasadorem Jerzym Kozakiewiczem (jego zdaniem, za mało napastliwy), albo tekst Jana Kota, który miał nieszczęście napisać coś niepochlebnego o największej partii opozycyjnej, i to w kontekście jej stosunku do Majdanu. Manipulacją był także fakt, że tekst został opublikowany w dniu, w którym w Kijowie ginęli ludzie. Inną naszą „oczywistą manipulacją” było podanie krótkiej, według naszej najlepszej wiedzy prawdziwej, informacji o tym, że kilka żydowskich organizacji z Ukrainy zwróciło się do rządu Izraela z żądaniem ochrony w związku z rewolucją na Ukrainie. Widocznie była to jedna z tych informacji, o których nie trzeba głośno mówić. Pamiętajmy jednak, że Wildstein nikogo nie chce cenzurować, on chce jedynie (dla dobra debaty) wyznaczać co można, a czego nie można pisać. Gdy już mu się podporządkujemy, wówczas zasiądzie z nami do „uczciwej” dyskusji o Majdanie, „bez kłamstw i manipulacji”.

Jak było z wybuchem

Należy się także odnieść do „największego chamstwa”, do jakiego, zdaniem Wildsteina, posunął się nasz portal. Chodzi mianowicie o ilustrację towarzyszącą notce o tajemniczym wybuchu „paczki z lekami”, do jakiego doszło na Majdanie. Materiał opatrzyliśmy zdjęciem sztabu Majdanu z wiszącym na jego froncie wielkim zdjęciem Bandery. Fotografia została przez nas usunięta nie dlatego, że Wildstein zaczął nas oskarżać o najpodlejsze instynkty i intencje, ale wyłącznie dlatego, że, jak twierdził, do wybuchu doszło w zupełnie innym miejscu. Nie mając możliwości weryfikacji jego twierdzeń, asekuracyjnie założyliśmy, że akurat w tym wypadku może mówić prawdę.

Warto dodać, że przy okazji zarzucania nam „największego chamstwa” Wildstein był zmuszony posłużyć się sporą ilością przekłamań. By uwypuklić nasz brak zdolności honorowych, dziennikarz Niezależnej sprzedaje czytelnikom „głodne kawałki” o tym, że do wybuchu doszło w sektorze szpitalnym „gdzie żadnych flag ani portretów Bandery nie było", o tym, że ofiarami wybuchu stali się cywilni lekarze-wolontariusze „nie mający nic wspólnego z Banderą”. Wszystko to służy Wildsteinowi w jednym celu - przedstawieniu kontrastu pomiędzy pełnymi dobrej woli „zwykłymi ludźmi” a zdeprawowanymi, wręcz nieludzkimi redaktorami portalu Kresy.pl. Tymczasem rzeczywistość nie wydaje się aż tak komiksowa, jak ją próbuje naszkicować Wildstein. Do wybuchu doszło nie w „sektorze szpitalnym”, nie w żadnej „cywilnej części Majdanu”, ale na piątym piętrze budynku Profspiłek w całości zajętym przez „Prawy Sektor”. Przynajmniej jedna z dwóch ofiar wybuchu (ta, o której wspomina Wildstein) była członkiem „Prawego Sektora”, a nie żadnym „wolontariuszem, który nie walczy, ale po prostu usiłuje pomagać ludziom”. Żaden z nich, w każdym razie, nie mógł być lekarzem, jak to napisał Wildstein, chociażby ze względu na ich wiek (15 i 21 lat). Jest także bardzo mało prawdopodobne, by którykolwiek z nich był wolontariuszem służby medycznej (nie potwierdzają tego żadne źródła Majdanu). Bez względu jednak na wszystkie te okoliczności, sugerowanie nam, że czyjaś urwana dłoń czy wybite oko wywołują w nas satysfakcję, pozostaje faktem, którego nie potrafimy nawet skomentować.

Czytając tekst Wildsteina, można odnieść wrażenie, że powstał on głównie po to, by mogły się w nim znaleźć takie frazy jak: „manipulacje portalu miały na celu przedstawić rewolucję Majdanu jako skrajnie antypolską” albo „w swoim dążeniu do przedstawienia Majdanu jako zbiorowiska istnych potworów czytelnik miał czasem wrażenie, że portal ten jest w stanie zrobić wszystko”. Wildstein bez skrępowania opowiada bzdury na nasz temat. Niesłychanie łatwo przychodzi mu rzucanie w nas błotem. Wie, że będziemy potrzebować długich lat, by się oczyścić, dlatego po goebbelsowsku powtarza swoje piętrowe kłamstwa, pieczołowicie konstruując nasz wizerunek wszędzie tam, gdzie go wpuszczą - a przecież z takim nazwiskiem wpuszczą go wszędzie. W przeciwieństwie do nas Wildstein jest doskonale „osieciowany" w „Salonie B”. O sile jego oddziaływania decyduje jego pozycja w towarzystwie, a to właśnie mechanizmy dworsko-towarzysko-koteryjne rządzą polskim życiem publicznym.

Tekst Wildsteina jest paradoksalnie doskonałą ilustracją procesów opisanych przeze mnie w poprzednim artykule. Jest dowodem na to, że na polskiej prawicy nie ma miejsca na swobodną dyskusję o polityce wschodniej. Obowiązuje tu rygorystycznie przestrzegana polityczna poprawność. Oczywiście, nie każdego dotyczy ona w równym stopniu. Nikt nie odważy się zaatakować w taki sam sposób Rafała Ziemkiewicza czy Pawła Lisickiego, choć znajdą się już szaleńcy potrafiący napisać, że ks. Isakowicz „ma krew na rękach”.

Zdecydowanie najłatwiej jest jednak zaatakować osoby szerzej nieznane - w dodatku ludzi spoza towarzyskiego kręgu. Taka sytuacja ośmiela do ataków, bo pozwala liczyć na bezkarność, dlatego w tym przypadku odpowiedzią na jakiekolwiek odstępstwo od „mądrości etapu” będzie zawsze dziennikarskie pałkarstwo i bezwzględne zaganianie do szeregu. Wildstein, mimo licznych deklaracji, nie ma zamiaru dyskutować, nie interesuje go, co mamy do powiedzenia. Woli wyliczać nam nasze potknięcia, przeplatając je gęsto wyssanymi z palca pomówieniami. Po co odnosić się do kłopotliwych zarzutów adwersarza, skoro można przypomnieć mu, że jest łysym, garbatym i zezowatym kuternogą, w dodatku karłem, a jeśli to za mało, wyprowadzić stąd wniosek o jego moralnej deprawacji, przy tym część kłamstw wygłosić wprost, część pozostawić w formie niedopowiedzenia. Tak jest zdecydowanie łatwiej. Po co dyskutować, skoro można niszczyć.

Tomasz Kwaśnicki, Kresy.pl

/ atr

Czytaj także

 0

Czytaj także