Wciąż nie spełniło się wielkie marzenie Romana Giertycha, które wyraził na Twitterze ponad dekadę temu: „A ja lubię globalne ocieplenie i chętnie finansowałbym jego postęp. Winorośla i palmy w Polsce? Super!”. Nadal trudno o widok palm rosnących u nas na świeżym powietrzu, choć akurat wina z polskich winnic są godne polecenia. Ile były szef Ligi Polskich Rodzin wydał w ostatnim dziesięcioleciu na wspieranie postępu globalnego ocieplenia – prędko się nie dowiemy, finanse pana mecenasa to supeł, który dopiero czeka na rozwiązanie. Łatwiej policzyć, ile kosztowało nas wszystkich pchanie tego wózka w przeciwnym kierunku.
Tylko że te rachuby mogą nam co najwyżej popsuć nerwy. I tak już zszargane coraz wyższymi rachunkami za energię elektryczną, która miała zielenieć i tanieć, a uparcie staje się coraz droższa, zakazami, nakazami i – mniej lub bardziej obowiązkowymi – zachętami do rezygnacji z własnego komfortu na rzecz ratowania klimatu. A że nerwy dobrze koi śmiech, to minusowe temperatury i ich konsekwencje, a przy okazji inne bóle fantomowe Polacy podleczają na półserio.
Mały dzyndzel i wielka irytacja
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
