Nazywany niekiedy „czeskim Trumpem” lider partii ANO (Akcja Niezadowolonych Obywateli) po czterech latach przerwy powrócił na stanowisko prezesa Rady Ministrów. Jak można było przewidzieć, wydarzenie to spotkało się z lawiną negatywnych komentarzy ze strony liberalnych mediów, które wygłosiły swoje rytualne przestrogi przed wzbierającą falą populizmu.
W polityce uprawianej przez Andreja Babiša z pewnością znaleźć można wiele elementów populizmu (m.in. liczne transfery socjalne czy obniżkę wieku emerytalnego), ale w języku stosowanym przez samozwańcze brukselskie elity za populistę uznaje się tradycyjnie tego, kto podważa jedyny słuszny kierunek wyznaczany przez Komisję Europejską.
POPULISTA WEDŁUG BRUKSELSKICH KRYTERIÓW
Rządząca od niedawna Czechami koalicja ANO, Wolności i Demokracji Bezpośredniej (SPD) Tomia Okamury oraz Partii Kierowców z pewnością spełnia wszystkie kryteria populizmu, ponieważ otwarcie sprzeciwia się unijnym dogmatom ekologizmu, polityki otwartych granic oraz bezgranicznemu wsparciu dla Ukrainy. Wszystkie trzy partie szły do wyborów, odważnie kwestionując przede wszystkim implementację unijnego systemu EU ETS2 oraz paktu migracyjnego, a gdy odniosły zwycięstwo, zgodnie zadeklarowały, że już na pierwszym posiedzeniu gabinetu zadecydują o odrzuceniu unijnych aktów.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
