Ciężko pisać ten artykuł, bo walka z okrucieństwem Pekinu, to jak walka z wiatrakami. W dodatku jest to opis śmierci wolności słowa w kolejnej części świata. Pewnie podobnie czuli się redaktorzy opisujący masakrę na placu Tienanmen. Wyrok 20 lat więzienia dla 78-letniego wydawcy to nie jest „sprawa karna”, tylko demonstracja władzy. Jimmy Lai, człowiek, który zbudował swoje życie na wolności Hongkongu i z tej wolności zrobił redakcyjną zasadę, usłyszał w poniedziałek, 9 lutego 2026 roku wyrok, który w praktyce brzmi jak dożywocie.
W West Kowloon Magistrates’ Courts sędziowie uznali Laia za „mózg” rzekomych „spisków” z udziałem zagranicznych podmiotów. Jest on winny dwóch „konspiracji w celu kolaboracji z obcymi siłami” i jednej „konspiracji w celu publikacji materiałów wywrotowych”. W uzasadnieniu podkreślono, że kara mieści się w najwyższej, najostrzejszej kategorii, tej dla czynów „o ciężkiej naturze”. Prokuratura przedstawiała sprawę jako próbę wywołania sankcji i „wrogich działań” Zachodu wobec Chin i Hongkongu. W praktyce ten wyrok to karanie za kontakty, rozmowy, opinie i publikacje, które w państwie prawa mieszczą się w definicji debaty publicznej.
Razem z Lai’em skazano jego współpracowników z Apple Daily: sześciu byłych pracowników redakcji oraz dwóch aktywistów. Wyroki mieszczą się od 6 lat i 3 miesięcy do 10 lat. Mają one wyglądać jak „sprawiedliwe różnicowanie winy”, ale w gruncie rzeczy pokazują coś innego: że państwo potrafi zamienić newsroom w „siatkę przestępczą”. Ludzie, którzy pisali, redagowali, publikowali, dostali status współsprawców „spisku”. A część z nich, jak wynika z relacji, otrzymała niższe kary po przyznaniu się do winy i współpracy z oskarżycielem, co w systemie bezpieczeństwa narodowego staje się kolejnym narzędziem łamania solidarności.
Jimmy Lai jest dla Pekinu szczególnie niewygodny, bo jego biografia jest streszczeniem mitu Hongkongu. To człowiek urodzony w 1947 roku w Kantonie w Chinach, stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w Hongkongu, zarówno jako magnat medialny, jak i jako obrońca wolności i demokracji. Jego życie to opowieść o niezwykłej determinacji, duchowej transformacji i nieustannej walce z opresją ze strony chińskich władz. Lai przybył do Hongkongu w wieku dwunastu lat jako uchodźca z Chin kontynentalnych, przemycony na pokładzie statku. W swoim nowym mieście zaczynał od najniższych stanowisk, pracując w fabryce odzieżowej uczył się języka angielskiego, a jego wyjątkowy talent do biznesu i niezłomna determinacja pozwoliły mu prędko wspinać się po szczeblach kariery.
W 1981 roku Chee-Ying (takie jest jego chińskie imię) założył markę odzieżową Giordano, która szybko stała się popularna nie tylko w Hongkongu, ale także w Chinach kontynentalnych, a następnie na całym świecie. Jego sukces w tym biznesie był dopiero początkiem. W 1990 roku, zainspirowany wydarzeniami na placu Tiananmen, Lai wszedł do branży medialnej, zakładając czasopismo Next Magazine, a później dziennik Apple Daily. Te media stały się platformą dla promowania wartości demokratycznych i krytyki władz chińskich, co przyciągnęło uwagę Pekinu i uczyniło go celem represji.
W tym sensie Lai nie jest „wydawcą, który się upolitycznił”. To raczej przedsiębiorca, który potraktował wolność słowa jak fundament rynku. Bez informacji nie ma odpowiedzialności władzy, bez odpowiedzialności nie ma zaufania, bez zaufania nie ma bogactwa. I dlatego stał się twarzą momentu historycznego, gdy to wolne miasto zaczął bronić obietnicy pod hasłem: „jednego państwa, dwóch systemów”. 18 sierpnia 2019 roku, po jednym z największych protestów w historii Hongkongu, Lai wraz z sześcioma innymi liderami demokratycznymi został oskarżony o udział w nielegalnym zgromadzeniu. Wydawca „Apple Daily”, świadomy ryzyka, jakie niesie jego działalność, nie wycofał się, a wręcz nasilił swoje działania na rzecz obrony praw i wolności byłej brytyjskiej kolonii.
Potem przyszło domknięcie systemu. W czerwcu 2020 r. Pekin narzucił Hongkongowi ustawę o bezpieczeństwie narodowym. W sierpniu 2020 r. Lai został aresztowany, a rok później, po nalotach policji i zamrożeniu aktywów, „Apple Daily” zamknięto. To była chwila symboliczna: największa niezależna gazeta w mieście zgasła, bo państwo uznało, że wolność słowa jest wrogiem stabilności.
W poniedziałek na ogłoszeniu wyroku obok żony Laia, Teresy, pojawił się kardynał Joseph Zen Ze-kiun. Zen to nie duchowny współpracujący z Pekinem, a biskup senior Hongkongu, kardynał mianowany jeszcze przez Benedykta XVI, Salezjanin. W ostatnich latach stał się on sumieniem kościoła w tej części świata i jednym z ostatnich świadków epoki, w której to miasto miało prawo oddychać. Wiadomo też, że Zen odwiedzał Laia w więzieniu. I tutaj wracamy do tytułu. „Módlmy się” nie jest ozdobnikiem. Reuters opisał, że Lai przybył na ogłoszenie wyroku ubrany na biało, z dłońmi złożonymi jak do modlitwy. To obraz, który boli władze bardziej niż tysiąc komentarzy. Wydawca przedstawiany jako „wróg państwa” zachowuje spokój człowieka, który wie, po co żył.
Czy opinia publiczna Zachodu, która i tak otrząsa się z traumy świeżo ujawnionych dokumentów Epsteina, jest jeszcze w stanie zauważyć dramat chińskiego więźnia sumienia? Jednak ten wyrok ma ciężar epoki. Skazanie Laia i jego redakcji za to, że robili to, co powinna robić prasa: opisywać rzeczywistość, nazywać nadużycia i komunikować je całemu światu, stanowi ostateczny sygnał, że w Hongkongu wolno mówić tylko tyle, ile zmieści się w granicach wyznaczonych przez Pekin. A gdzie te granice zaraz będą sięgać? I jak daleko są one od Warszawy?
