Po tak zwanym lubelskim lipcu władze musiały pana umieścić na swojej liście.
Myślę, że na celowniku władz byłem nie tyle ze względu na nasz strajk z 1980 r., co za moją działalność między tym strajkiem, a stanem wojennym – w tzw. karnawale „S”. Wtedy prawie nie mieszkałem w domu. Najpierw zawiązaliśmy NSZZ „S” u nas. Na 9,5 tys. członków załogi WSK zapisało się 9 tys. Potem pomagaliśmy zakładać „S” innym zakładom, szkołom. Przygotowywaliśmy się do wyborów w NSZZ „S”. Podpisanie porozumień przez Wałęsę z władzą nie oznaczało, że będzie nam łatwo. Nie mieliśmy własnej prasy do obrony.
Tymczasem, partyjne media waliły w „Solidarność” jak w bęben. Zaczęliśmy więc tworzyć niezależną „Gazetkę Związkową”. Przejęliśmy audycje w radiowęźle – częściowo, bo trzeba było się podzielić z partią, ZSMP i innymi związkami, ale już mogliśmy przedstawiać załodze nasz punkt widzenia. Mocno się w to zaangażowałem. Prowadziłem audycje, redagowałem biuletyn „Grot” i starałem się odkręcać to, co reżimowe media naplątały ludziom w głowach. Dla mnie osobiście to był skomplikowany czas. Wszędzie byłem, dwukrotnie w Gdańsku na I Zjeździe NSZZ „S”, w innych zakładach, na odsłanianiu pomników. W tamtym czasie zarówno ja, jak i moi koledzy z „Solidarności” dostawaliśmy ostrzeżenia, były wywierane na nas naciski. Po jednej z takich rozmów, SB 28.07.1981 r. założyła mi teczkę rozpracowania o kryptonimie „Redaktor”, dowiedziałem się o tym po latach z akt IPN. Władza szczególnie interesowała się tymi działaczami, którzy ukazywali społeczeństwu rzeczywistość niezgodną z linią partii. Bolało słowo. I tu sobie nagrabiłem.
Przed 1980 r. był pan zaangażowany w działalność opozycyjną?
W latach 70. dopiero zaczęły mi się otwierać oczy. Do zakładu trafiłem w roku 1961 r. jako młody człowiek. Pracowałem na różnych stanowiskach – ślusarza, tłoczarza metalu, frezera. Za biurko awansowałem po latach – jak zostałem wybrany do komisji zakładowej „Solidarności” i objąłem sprawy socjalno-bytowe, mieszkania, sport, turystykę i wypoczynek. Wcześniej nie byłem w pełni uświadomiony. Nie wiedziałem tego, co docierało do mnie później o prawdziwej historii. Pochodziłem ze wsi, mieszkałem i pracowałem w bardzo upartyjnionym środowisku.
Będąc z zamiłowania turystą motocyklowym, przed rokiem 1980 kilkakrotnie wyjeżdżałem za granicę. W 1974 r. w sześciu, na wueskach z zakładu pojechaliśmy do Wiednia na europejski zlot motocyklowy. Wtedy zobaczyłem jak wygląda ten „zgniły Zachód”, jak tam żyją ludzie. Odwiedziłem też Czechosłowację, Węgry. W 1975 r. wygrałem wycieczkę do Leningradu, Tallina, Wilna i też zobaczyłem jak tam ludzie się mają. W 1978 r. byłem z kolei w Bułgarii na wymianie wczasowej z zakładu. W 1979 r. niedługo po wyborze Jana Pawła II odwiedziłem Włochy. Porównałem życie w ZSRR do tego w Austrii, we Włoszech. W zakładzie kolportowałem – „Robotnika”. Były tam ciekawe artykuły. W sumie, to wszystko otwierało mi oczy na kłamstwa, jakimi karmiła nas reżimowa władza.
Ujawnił się pan w 1982 r., ale do WSK Świdnik już pan nie wrócił.
Po 20 latach pracy w zakładzie zostałem wyrzucony. Zaangażowałem się wówczas w akcję Wakacje z Bogiem – to była niezależna od władz forma wypoczynku dla dzieci osób represjonowanych. Zapewnialiśmy wypoczynek w ferie zimowe i w letnie wakacje tysiącom dzieci. Akcja była organizowana poza strukturami państwowymi, we współpracy z Kościołem. Koszty trzeba było pokryć z własnych środków „S”, solidarnych rolników oraz z pomocy charytatywnej, przychodzącej z Zachodu. Wykorzystywaliśmy dary żywnościowe, w których przysyłano nam ser, dżemy, groszek konserwowy itp. Tu dopiero miałem przygody! Byliśmy za tę działalność ścigani i gnębieni.
Kiedy zostałem bez pracy zapadła decyzja, że na potrzeby działalności opozycyjnej zostanie zakupiony samochód, a ja będę nim jeździł jako taksówka bagażowa i wykonywał też usługi transportowe dla związku. Żuka rozbili „nieznani sprawcy”, a władze zabrały mi prawo jazdy. Z tym wszystkim trzeba było sobie radzić. Zresztą było to jedno z wielu działań, jakie podejmowaliśmy w Świdniku. Stan wojenny to był obłęd, a my tyle rzeczy robiliśmy. Były choćby świdnickie spacery, czyli spontaniczne wyjścia ludzi na główne ulice w czasie kiedy w telewizji emitowany był „Dziennik”. W 1983 r. swoje nadawanie zaczęło Radio Solidarność. To był świdnicki fenomen. Nadawaliśmy nie tylko na falach radiowych, ale wchodziliśmy także na częstotliwości telewizyjne. Przygotowywałem wówczas dla radia kilkuminutowe audycje. Były pielgrzymki do sanktuariów, wyjazdy do ks. Jerzego Popiełuszki. W 1986 r. odbyła się uroczystość chrztu ufundowanego przez nas Dzwonu Wolności.
W 1984 r. trafił pan do aresztu. Dlaczego?
![]()
Zostałem zgarnięty razem z 10 innymi kolegami ze Świdnika. Coś się szykowało. Przygotowywali podwyżki, więc obawiali się, że będziemy sprawiali kłopoty. Zabrali mnie 20 stycznia i zapudłowali na pół roku. Najpierw siedziałem w Lublinie potem na Rakowieckiej. Nie miałem postawionych konkretnych zarzutów, nie dałem się na niczym przyłapać, ale przypuszczali, że mogę robić coś sprzecznego z ich interesem. Nie wypuścili mnie nawet na komunię ukochanej córeczki. Potem zatrzymali mnie jeszcze w 1987 r. – na 48 godz. W Lublinie z pielgrzymką był wtedy Jan Paweł II. Zapewne uznali, że będę zagrażał Ojcu Świętemu. To było moje ostatnie aresztowanie.
W 1989 r. kiedy najpierw odbywały się obrady Okrągłego Stołu, a potem wybory kontraktowe, cieszył się pan, że dożył końca komuny, czy był sceptyczny wobec rozmów z władzą?
Przywrócono do życia „Solidarność”, władza została podzielona, więc wydawało się, że powoli idziemy ku lepszemu. Wkrótce jednak zobaczyliśmy, że działacze z Warszawy, objąwszy wiele ważnych funkcji, zapomnieli o ludziach, którzy walczyli i ponosili konsekwencje – byli aresztowani, dostawali wyroki. W ogóle się o nich nie mówiło. Milczała też „Gazeta Wyborcza”, która przecież korzystała ze znaczka „Solidarność”. Nie przypuszczałem, że to pójdzie w tym kierunku. Nie wiedzieliśmy o układach. Rozgrabiono tyle zakładów.
Nasz świdnicki zakład ocalał w części, a przecież robiliśmy tam tyle rzeczy: motocykle, helikoptery, szybowce, meleksy, przyczepy, a nawet lodówki. Dziś w zakładzie pracuje chyba ze 3 tys. osób i w sumie już nawet nie jest to nasz zakład. Został przejęty przez zachodnie konsorcja. Kilka lat temu, w mieście zorganizowany został spacer na pamiątkę spacerów świdnickich. Chłopaki nieśli hasło o tym, że nie o taką Polskę walczyliśmy. Wielu z nas czuje, że zostaliśmy oszukani. Osobiście bardzo żałuję, że w tamtym okresie nie miałem czasu dla rodziny, że nie było mnie kiedy dzieci rosły. Jednak kiedy ktoś mnie pyta, co mam z tej walki, to mówię: satysfakcję z tego, że poświęcając się, stanąłem po właściwej stronie.
rozmawiała Agnieszka Niewińska
Alfred Bondos był działaczem opozycji demokratycznej w PRL, jednym z aktywnych uczestników strajku w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL-Świdnik w lipcu 1980 r., członkiem Prezydium Komisji Zakładowej „Solidarności”, którego władze próbowały internować 13 grudnia 1981 r.
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.