W przypadku szefowej koncernu L’Oreal skandalu nie udało się całkiem zatuszować. Biada jednak narwańcom, którzy spróbowaliby stworzyć na kanwie sprawy madame Bettencourt bardziej krwistą narrację. Hieny z kancelarii prawnych tylko czekają na takie okazje. Thierry Klifa zna reguły gry, od ryzyka stroni, więc jego film ma konsystencję kisielu. Drugim problemem są dramatis personae: jednowymiarowe, znakomicie przewidywalne w swoich reakcjach oraz interakcjach.
Postać centralna to zgorzkniała zołza, która nie potrafi zestarzeć się z godnością. Przy okazji sesji zdjęciowej dla pisma „Egoïste” (cóż za cudowna nazwa!) poznaje fatum w osobie bufona fotografa. Przyzwyczajona, że wszyscy jej czapkują, bierze arogancję za oryginalność. Ponieważ „artysty” nie zadowala status maskotki, madame awansuje go do rangi przyjaciela domu i wyroczni dobrego smaku.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
