W jednym z wywiadów abp Józef Michalik mówił: „Zdrowy patriotyzm to jednocześnie zobowiązanie do szacunku dla własnej historii i kultury, ale jednocześnie i otwarcie na drugiego człowieka, na narody sąsiadujące z Polską. Tylko otwarcie na innego człowieka innej nacji zabezpiecza przed tym niebezpiecznym typem nacjonalizmu, który stawia własny naród ponad inne, a to zwykle prowadzi do łamania Bożych przykazań”.
Brzemię historii
Były w tych słowach przemyślenia hierarchy, który rodził się w strasznych latach wojny, na ziemi łomżyńskiej, która była miejscem mordów na tle waśni narodowościowych i potwornych represji zarówno ze strony okupantów sowieckich, jak i hitlerowskich. I na tych terenach koniec wojny nie oznaczał spokoju. To właśnie tam, w okolicach jego rodzinnego Zambrowa, NKWD i UB prowadziły obławy na leśnych żołnierzy oddziałów niepodległościowych. Gdy w roku 2014 zbierałem relacje do mojej książki pt. „My, reakcja”, poprosiłem abp. Michalika o swoje wspomnienia z tamtych lat. Hierarcha wspominał: „W domu niejednokrotnie mówiono o partyzantach. A to że jakiś posterunek milicji zdobyli albo że wcześniej napadli jakichś sąsiadów, a to że zatrzymali autobus na trasie z Łomży do Kolna i wyciągnęli z niego kogoś, kto donosił władzy […]. Zambrów był jakby wyspą w morzu terenów, na których działało wiele najprzeróżniejszych grup. A mieszkańcy miasta, nieufni wobec oficjalnych wersji, milczeli i mogli się tylko domyślać, kto jest kim”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
