Kochani, od kilku dni jesteśmy z każdej strony bombardowani reklamami, informacjami, dosłownie zaszczuwani jesteśmy przekazem dotyczącym tzw. Dnia Matki, czyli święta, które ma powierzchownie promować matriarchat, ale gdzieś głęboko wewnątrz hołduje utrzymaniu tradycyjnego podziału na role, a już w ogóle odnosi się do przestarzałego, krzywdzącego i stygmatyzującego określenia „matka”, które nie przystaje do współczesnych relacji związkowo-rodzinnych i dynamiki, która potrafi być niezwykle płynna.
Z naszego już nawet postprogresywnego punktu widzenia Dzień Matki powinien być już tylko interesującym (dla antropologów kultury) reliktem epoki przedprogresywnej, ponieważ bazuje na kilku założeniach uznawanych obecnie za co najmniej problematyczne. Po pierwsze, na co już zwróciliśmy uwagę, zakłada istnienie matki. Nie osoby opiekuńczej, nie jednostki wspierającej proces dojrzewania emocjonalnego, nie strażnika nr 1, nie rodzica nr 1, lecz właśnie matki, a więc figury biologicznej, osadzonej w tradycyjnym porządku rodziny, którego nowoczesna osoba obyta z mediami zasadniczo się wstydzi (poczekajcie, zaraz w czołowych mediach pojawi się festiwal wpisów o toksycznych matkach).
Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
