Są wyprawy, które obiecują wygodę, piękne fotografie i dobrze skrojony program. Są też takie, które zaczynają się od niepokoju. Nie od strachu jeszcze, lecz od tego szczególnego napięcia, kiedy człowiek wie, że za chwilę przekroczy granicę świata znanego, przewidywalnego, cywilizacyjnie oswojonego. Borneo, a dokładniej Kalimantan – indonezyjska część wyspy – należy do tej drugiej kategorii. To nie jest miejsce, do którego jedzie się po egzotyczną dekorację. To wyspa, która sprawdza charakter.
Dla tych, którzy chcieliby przeżyć coś więcej niż turystyczną wizytę w tropikach, Borneo może stać się wyprawą kultową. Nie dlatego, że jest łatwe. Właśnie dlatego, że nie jest. Nie dlatego, że zapewnia komfort. Właśnie dlatego, że go odbiera. I nie dlatego, że pozwala bezpiecznie dotknąć legendy. Dlatego że legenda tam wciąż ma zapach dymu, wilgoci, betelu i ludzkich czaszek wiszących pod powałą długiego domu.
Noc ze sztucerem
Pamiętam, jak w półmroku chaty, zmęczony drogą, wpatrywałem się w półnagie dziewczęta, w krzątających się mężczyzn, w świnie chrząkające pod podłogą i psy wyjadające resztki z garnków.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
