Wśród licznych zapowiedzi i obietnic składanych przez Donalda Tuska dwa i pół roku temu znalazła się i fraza o „robieniu porządku żelazną miotłą”. Dotyczyła ona oczywiście zapowiadanych rozliczeń – miała być „miotłą personalną”. Ale w istocie powtórne rządy Tuska możliwe były dzięki innej miotle – nie „żelaznej”, ale medialnej i PR-owskiej. Myślę o miotle, którą Tusk i jego ludzie „zamiatali” swoje nadużycia, przekroczenia, afery i skandale.
To zamiatanie do niedawna szło rządzącym bardzo sprawnie. Oczywiste przekroczenia prawa i przyzwoitości udawało się sprzedawać wyborcom jako uzasadnione wyższą koniecznością przywracanie ładu, rzekomo naruszonego przez poprzednią władzę, a afery – nie tylko cwaniackie dojenie sejmowych benefitów przez państwa Myrchów i innych czy wpychanie się polityków poza kolejką w zakładach publicznej opieki zdrowotnej, z którymi to zachowaniami od dawna opinia publiczna się oswoiła, ale nawet sprawy tak grube i bulwersujące, jak pedofilski skandal w Kłodzku – udawało się rządowym mediom zepchnąć na margines i zamknąć w „bańce” żelaznego elektoratu opozycji. Policja aresztująca emerytkę na życzenie Jerzego Owsiaka, czystki w sądach, likwidowane porodówki, okradzenie Sieci Badawczej Łukasiewicz, skręcenie nielegalnego finansowania kampanii wyborczej Rafała Trzaskowskiego – wszystko przechodziło bezkarnie i po kilku tygodniach popadało w zapomnienie. Kto miał się oburzać, ten się oburzał, ale Tusk zachowywał swoisty „pakiet kontrolny” opinii publicznej. Może coraz mniejszy, ale wystarczający, by jego ludzie byli pewni zachowania przez koalicję władzy i tym samym posłuszni.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

