Są miejsca, które wydają się zbyt ładne, aby były prawdziwe. Człowiek patrzy i niemal odruchowo podejrzewa oszustwo: za dużo harmonii, za czysta kompozycja, za dobrze ustawione światło. Jezioro Bled należy właśnie do takich miejsc. Ma wszystko, czego potrzebuje wyobraźnia, aby natychmiast popaść w banał: taflę wody wśród alpejskich stoków, małą wyspę z kościołem, zamek zawieszony na skale, łódki sunące powoli jak z dawnej ryciny, w tle góry, nad nimi niebo, a wokół ten szczególny porządek Europy Środkowej, gdzie nawet natura sprawia czasem wrażenie starannie uczesanej. I właśnie dlatego o Bledzie trzeba pisać ostrożnie. Bo łatwo zamienić go w obrazek z pudełka czekoladek. Łatwo powiedzieć: bajkowe jezioro, perła Słowenii, romantyczny zakątek. Wszystko to byłoby nawet prawdziwe, ale prawda wypowiedziana językiem folderu przestaje być prawdą. Staje się reklamą.
Do Bledu nie powinno się przyjeżdżać tylko po zachwyt. Zachwyt jest tam zbyt łatwy. Czeka już przy pierwszym spojrzeniu na wodę. Wystarczy zejść nad brzeg, zobaczyć wyspę i odbicie kościelnej wieży, aby aparat sam podniósł się do oka.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
