Polski zamordyzm medialny według Freedom House
  • Łukasz WarzechaAutor:Łukasz Warzecha

Polski zamordyzm medialny według Freedom House

Dodano: 
Media w Sejmie
Media w Sejmie / Źródło: PAP / Jacek Turczyk
Stała się rzecz straszna! Polskie media nie są już całkiem wolne, a jedynie częściowo. Tako rzecze Freedom House, amerykańska organizacja pozarządowa, tworząca od lat indeks wolności. Przeciwnicy obecnej władzy grzmią już, że oto po raz pierwszy od 1989 roku wypadliśmy z zakresu krajów o całkowicie wolnych mediach i jest to dowód na pisowski zamordyzm.

Otóż analiza dostępnych danych z tegorocznego indeksu (nie ma jeszcze całości raportu) wskazuje, że wynik Polski (wyższy rok do roku o 6 punktów, a im więcej punktów, tym gorzej) nie jest dowodem absolutnie na nic, a Freedom House stworzył raport mający najwyżej wartość publicystyczną, ale na pewno nie merytoryczną. 

Ogólna ocena kraju na skali od 0 (najlepiej) do 100 (najgorzej) jest sumą trzech składowych: otoczenie polityczne, otoczenie ekonomiczne oraz otoczenie prawne. W pierwszym przypadku mamy o 3 punkty więcej niż rok temu, w drugim – 1, w trzecim – 2. Wszystko to ma sprawiać wrażenie weryfikowalnej, ściśle mierzalnej skali (liczby, punkty itd.), ale w gruncie rzeczy z niczym takim nie mamy do czynienia, gdyż indeks opiera się na ankietach, które ktoś w danym kraju dostaje do wypełnienia. Opis metodologii mówi o „badaniu na miejscu”, „własnych kontaktach” analityków sporządzających raport czy organizacjach pozarządowych. Jak nietrudno się domyślić, to, co wraca do autorów raportu, wynika w ogromnej mierze z tego, kogo będą pytać. Sam zespół, tworzący indeks, nie ma przecież pojęcia o sytuacji politycznej we wszystkich badanych krajach. Ale ma swoje wyrobione kontakty. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w przypadku tak drastycznego podziału politycznego jak w Polsce. Ankiety zaś zawierają pytania o sprawy, których ocena jest rzeczą całkowicie subiektywną. 

Na przykład w przypadku otoczenia prawnego mamy pytanie, czy przedstawiciele najwyższych organów sądownictwa „wspierają wolność słowa” albo czy władza wykonawcza wywiera nacisk na sądownictwo. Nietrudno się domyślić, jak odpowiedzą przedstawiciele na przykład Towarzystwa Dziennikarskiego, a jak – Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W ankiecie o otoczeniu prawnym pojawia się pytanie, czy przedstawiciele władzy są otwarci na media – znów kwestia całkowicie ocenna i znów wiadomo, jakie będą w Polsce odpowiedzi. Z kolei w przypadku otoczenia ekonomicznego przewidziano pytanie, czy sprawiedliwie rozdzielane są rządowe środki na media – wiadomo, co powiedzą odcięci od państwowego koryta przedstawiciele Giewu, i wiadomo, co powiedzą dziennikarze z redakcji, które to rząd Platformy starał się wykończyć, wpływając na spółki skarbu państwa, aby nie umieszczały tam swoich reklam. 

Tego typu metodologia jest kompletnie absurdalna w warunkach głębokiego podziału, chyba że prowadzący badanie są w stanie idealnie wyważyć grupę, do której docierają z pytaniami. To jednak nie jest przypadek Freedom House. Nie znam wśród konserwatywnych dziennikarzy ani jednej osoby, do której trafiłaby ankieta Freedom House lub z którą rozmawiałby analityk think-tanku. W ogóle nie znam ani jednej takiej osoby w kręgach konserwatywnych, a przepytałem na tę okoliczność sporo znajomych. Dotarły do mnie za to informacje, że ankiety trafiły do kręgów jedynie słusznych, w tym na przykład do pewnego profesora, który kiedyś przez jedną kadencję był posłem PO, bliskim Donaldowi Tuskowi, a dziś głosi tezę, że jesteśmy w przededniu zaprowadzenia w Polsce dyktatury. 

O tym, kogo przedstawiciele Freedom House przepytywali, możemy wnioskować na podstawie kuriozalnego uzasadnienia spadku Polski o 6 punktów. Mamy tu cztery zagadnienia.

Pierwsze to zmiana sposobu powoływania szefów mediów publicznych. Tak, to jest mechanizm polityczny, zarówno w wersji z ministrem skarbu, jak i Radą Mediów Narodowych. Jednak stwierdzenie, że to pogorszenie sytuacji, bo wcześniej zadanie to przypadało „niezależnemu ciału”, czyli Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, dowodzi albo całkowitej ignorancji w kwestii systemu politycznego w Polsce, albo złej woli. Zmiana, która nastąpiła, w gruncie rzeczy niczego nie zmieniła – ani na plus, ani na minus. Mechanizm był i pozostał polityczny. 

Drugi punkt mówi o próbie ograniczenia dostępu mediów do Sejmu. Pomysł był fatalny, ale ostatecznie został zarzucony. Czy raport zajmuje się faktami czy tym, co mogłoby być, ale nie jest?

Trzeci punkt mówi o zrezygnowaniu przez urzędy z prenumeraty mediów niechętnych rządowi, a spółek skarbu państwa – z umieszczania tam reklam. To już całkowity absurd. Po pierwsze – nie jest to powód do obniżenia rankingu Polski, ponieważ sytuacja się jedynie odwróciła. Za PO było identycznie, tylko w drugą stronę. Zatem punktacja powinna pozostać taka sama. Ale poważniejsze pytanie brzmi, dlaczego Freedom House uważa, że warunkiem wolności mediów jest dotowanie ich w jakikolwiek sposób przez państwo? Media prenumerowane przez władzę są wolne, a nieprenumerowane nie są? Przyjmijmy nawet, że chodzi tu o równe warunki gry. Ale nawet wówczas można tylko uznać, że one w jakiś sposób i w ograniczonym stopniu teraz się dopiero wyrównują, gdy media, które przez osiem lat były przez PO całkowicie odcięte od pieniędzy z reklam spółek skarbu państwa – nie z powodów merytorycznych, bo ich odbiorcy byli atrakcyjnym celem reklamowym – wreszcie są traktowane normalnie, nie zaś wyróżniane. 

Czwarty punkt jest bodaj najbardziej zadziwiający, więc zacytuję go w całości: „Rząd PiS usiłował podważać głosy niezgody na wybraną przez niego narrację historyczną, która w dużym stopniu pomija zaangażowanie Polaków w okrucieństwa II wojny światowej”. 

O co konkretnie chodzi? Ano o to, że gdy TVP pokazała film „Ida”, przed filmem pokazała też dyskusję historyków, wskazujących, w jaki sposób obraz ten zafałszowuje polską historię. To jedyny przykład pojawiający się w podsumowaniu badania. Co jeszcze ma wypełniać cytowaną wyżej przesłankę do obniżenia rangi Polski? Czy publicystom, dziennikarzom, naukowcom nie wolno dyskutować? Czy cenzura zatrzymuje jakiekolwiek teksty, nawet ewidentnie kłamliwe, dotyczące polskiej historii? Czy rząd nie ma prawa prowadzić własnej polityki historycznej? Czy nie robił tego poprzedni rząd?

Jeżeli powyższe kwestie mają decydować o tym, że Polska pod rządami PiS ma media jedynie częściowo, a nie całkowicie wolne, to najwyraźniej analitycy Freedom House posługują się specyficzną definicją wolności. Szwecja w tym samym rankingu ma jedynie 11 punktów w porównaniu z polskimi 36 punktami – ta Szwecja, w której obowiązują zamordystyczne politpoprawne regulacje, dotyczące „mowy nienawiści”, a prasa boi się informować o przestępstwach popełnianych przez imigrantów, żeby nie podpaść pod paragraf. Ponad trzykrotnie lepiej Freedom House ocenia kraj, gdzie w najlepsze funkcjonuje faktyczna cenzura niż kraj, gdzie media niechętne władzy działają swobodnie, krytyczni wobec rządu dziennikarze normalnie pracują, nikt nikogo za pisanie własnych opinii nie zamyka ani nie karze grzywnami. Owszem, PiS w niektórych kwestiach dotyczących wolności mediów i słowa nie poprawił tego, co było wygodne i dla PO – żeby wspomnieć choćby trwający w najlepsze w kodeksie karnym artykuł 212 – ale tylko oczadziały wróg obecnej władzy może twierdzić, że stworzyła ona jakiekolwiek uzasadnienie dla konkluzji, jakie w raporcie zawarł Freedom House. Szkoda, że – podobnie jak Reporterzy bez Granic – także ta instytucja zaciągnęła się do jednej z armii trwającej u nas politycznej wojenki.

Źródło: DoRzeczy.pl
 
Czytaj także