KrajTusk w Brukseli, Giertych w rządzie

Tusk w Brukseli, Giertych w rządzie

Roman Giertych
Roman Giertych
Dodano
Diabli wiedzą, czy Donald Tusk dostanie lub weźmie posadę w Brukseli. Widać za to wyraźnie, że Platforma musi zmienić formułę, aby dalej mogła rządzić.

Stwierdzenie, że Donald Tusk jest jedynym zwornikiem Platformy Obywatelskiej jest zgrane, banalne, znane każdemu dziecku, niemniej jednak prawdziwe. Widać to szczególnie teraz, a zwłaszcza, gdy kolejny raz słyszymy, że Tusk jest „poważnym kandydatem”. Wizja wyjazdu Tuska do Brukseli cieszy wszystkich jego przeciwników i martwi większość – bo nie wszystkich – zwolenników. Radość i smutek opiera się na tym samym, czyli przekonaniu, że Platforma pójdzie na dno po dezercji kapitana z pokładu. A konkretniej rozsypie się wskutek wewnętrznych podziałów.

One rzeczywiście istnieją i są bardzo głębokie. Głębsze, niż w innych partiach. Całe to towarzystwo trzyma twardą ręką Tusk-zwycięzca. Pewnie po jednej i drugiej przegranej jego ręka straci sporo ze swej twardości, więc i wyjazd do Brukseli może nie mieć tak wielkiego znaczenia, jak wielu się dziś zdaje.

I tu dochodzimy do następującej kwestii: skoro trudno będzie utrzymać jedność i tym samym władzę, więc może przeprowadzić kontrolowany podział. I dzięki niemu utrzymać się przy państwowym i samorządowym korytku. Europejski „trynd” wprawia Platformę w dryf ku lewicy. Dziś konwencja o zapobieganiu przemocy, jutro in vitro, pojutrze związki partnerskie. Przeciętny polityk PO, także wysokiego szczebla, jest całkowicie nieodporny na argument rzekomej nowoczesności. „Gazetą Wyborczą” i jej publicystami może gardzić z racji na jej zależność od władzy, ale sam nie ma zdania w sprawach światopoglądowych, więc w ciemno kupuje formułowane tam tezy. Widać to też po tym, co wypisują osoby związane z platformerskim think-tankiem, czyli Instytutem Obywatelskim.

Tak więc PO dryfuje w miejsce należne socjaldemokracji, czym zresztą naśladuje ewolucję, którą przechodziła nieboszczka Unia Demokratyczna. Z tym, że PO w odróżnieniu od UD to „poważne” przedsięwzięcie, dzięki któremu tysiące ludzi ma godziwy chleb. Sama zaś ma miliony na kontach plus dotację budżetową, więc nie ma mowy o tym, że pójdzie na dno jak Unia. Oczywiście dryf w lewo rodzi problem tzw. konserwatystów z PO. Wyrzucać ich za burtę nie ma sensu. Do PiS też nie odejdą. Trzeba coś dla nich wymyślić.

Powstanie więc dla nich partia prawicy konserwatywnej, ale odpowiedzialnej, patriotycznej, ale w nowoczesny sposób. Nie machającej szabelką, bo tworzyć ją będą ludzie wychowani nie na „romantycznych powieściach” (ciekawe, które konkretnie Tusk miał na myśli), ale „Na myślach nowoczesnego Polaka”, czy innych „Zagadnieniach istotnych”. Kadry już są – Roman Giertych, obok niego Kazimierz Marcinkiewicz, Michał Kamiński, także senator Libicki. Prywatnie obstawiałbym, że twarzą owej partii światłej i odpowiedzialnej prawicy byłby Radosław Sikorski, jako jej formalny szef. Ale mózgiem byłby Giertych.

Pożytków z takiego rozwoju wydarzeń mogłoby być więcej niż strat z podziału. Zawsze to można sprzedać jako nowe otwarcie. Zaś prawica (chyba lepiej to pisać w cudzysłowie) Sikorskiego et Giertycha miałaby sporo zalet. Zgrupowałaby – jak już pisaliśmy – sierotki z tzw. konserwatywnego skrzydła PO. A co ważniejsze mogłaby przyciągnąć sporo naiwnych wyborców o poglądach konserwatywnych i patriotycznych. Giertych i jego koledzy są mistrzami frazesu antykomunistycznego i nacjonalistycznego. Hałaśliwego, choć w istocie pustego i nie wiążącego się z jakimiś realnymi zyskami dla sprawy polskiej. Ktoś mógłby to kupić.

Ale za tym frazesem nie pójdzie nic pożytecznego. Kto mi nie wierzy, i nie wierzy w ogóle w możliwość zestawienia neo-UD z neo-LPR niech sięgnie pamięcią do czasów trochę dalszych, lecz nieodległych. Taki układ doskonale funkcjonował w czasach rządu Hanny Suchockiej. Jej miejsce zajmie Ewa Kopacz, z tyłu będzie sterował Tusk, a miejsce ZChN wypełni nowa partia Giertycha i Kamińskiego. Wszak nadal jest aktywny Stefan Niesiołowski, wtedy najgorętszy obrońca rządu UD-ZChN. Zadziałało wtedy, teraz też. Nic bowiem tak nie niweluje różnic jak czarna wizja odepchnięcia od koryta.

PS. Tak przy okazji – gdyby komuś na Kremlu przyszło wspierać w Polsce partię pro-rosyjską to nie ma sensu inwestować w lewicę. Zwłaszcza postkomunistyczną. Raz, że ona słaba, dwa, że wszyscy i bez tego podejrzliwie patrzą w tej kwestii na „czerwonych”.

Lepiej zainwestować w jakąś post-endecję, która mamle bez przerwy o Wielkiej Polsce, nowoczesnym nacjonalizmie i zagrożeniach, które czyhają na nas ze strony Litwy i banderowców. Krajowi lewacy, hałaśliwi, lecz mało groźni, zaczną wrzeszczeć, że to faszyści, więc nikt nie zauważy faktycznego agenturalnego charakteru owych „nowoczesnych patriotów”. Oraz tego, że wobec silnych – Moskwy, Berlina, nawet Brukseli będą uprawiali politykę nie podmiotową, ale usłużną, taką jaką przedstawił Sikorski w swoim berlińskim wystąpieniu. Obrazując to ogrodniczą metaforą – będą przedstawiali się jak dąb, a w rzeczywistości są bluszczem.

Oni – ci „nowocześni patrioci” - ze swej strony będą podkreślali swój gorący patriotyzm awanturami o pomnik Bandery w jakimś podlwowskim Pierdziszewie. A ponieważ będzie chodziło im tylko o awanturę to pomnik będzie stał dalej, a stosunki polsko-ukraińskie zejdą do tego poziomu, którego życzy sobie Moskwa. Zaś w kwestii najbardziej istotnej, czyli ekspansji putinowskiej Rosji będą wzywać do Real-polityki, odpowiedzialności, ostrożności i innych takich komunałów, które w swej istocie znaczą jedno – pozostawienie Ukrainy samej. Na żer Rosji. Tak jak przedtem zostawiono Gruzję samą. I tak – jak oczekuje Kreml – trzeba będzie zostawić samą Estonię, Łotwę i Litwę. Aż przyjdzie kolej na nas.

/ dtc

Czytaj także

 0

Czytaj także