"Ołowiane dzieci" to nie jest serial zły. Ale nie jest także dobry. Do poprzeczki, którą Netflix postawił sobie "Heweliuszem", jest bardzo daleko
Receptura jest niby ta sama: bierzemy głośne wydarzenia z niedalekiej przeszłości, dodajemy trochę dramaturgii, w kadrze stawiamy na nostalgię, bo nic się dziś nie sprzedaje tak dobrze jak przeszłość – i ta z PRL, i ta z początków III RP. Jednak Jakub Korolczuk, który napisał "Ołowiane dzieci", to nie jest scenarzysta tak dobry jak Kacper Bajon, który napisał "Heweliusza". A wiem to nie tylko z najnowszej produkcji Netflixa, lecz także z niedawnej premiery HBO Max, czyli serialu "Niebo. Rok w piekle". Nie recenzowałem go na łamach "Do Rzeczy", ale ciekawych od razu poinformuję: tak, pasjonującą historię groźnej sekty też można rozpisać na głosy raczej drętwo. I zrobił to ten sam Jakub Korolczuk.
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
