"Klan swoich" w urzędzie Trzaskowskiego. Pracownicy mówią o strachu i układach

"Klan swoich" w urzędzie Trzaskowskiego. Pracownicy mówią o strachu i układach

Dodano: 
Prezydent m.st. Warszawy Rafał Trzaskowski
Prezydent m.st. Warszawy Rafał Trzaskowski Źródło: PAP / Marcin Obara
Nepotyzm, awanse "po znajomości", rodzinne powiązania i prywatne sprawunki załatwiane w godzinach pracy.

Taki obraz warszawskiego Urzędu Stanu Cywilnego wyłania się z relacji obecnych i byłych pracowników, do których dotarła "Gazeta Wyborcza". Według rozmówców gazety, w urzędzie od ponad 20 lat funkcjonuje zamknięty układ personalny, w którym kluczowe stanowiska trafiają do osób powiązanych rodzinnie lub towarzysko z kierownictwem.

Córka weszła na miejsce matki

Najgłośniejszym przykładem ma być Karolina Sorbian-Jamiołkowska. Przez lata była sekretarzem miasta w Pruszkowie i bliską współpracowniczką byłego prezydenta Pawła Makucha. Po jego przegranej w wyborach samorządowych w 2024 roku straciła polityczne zaplecze. Wtedy trafiła do warszawskiego USC. Najpierw jako zastępca kierownika, a po półtora miesiąca awansowała na zastępcę dyrektora. Problem w tym, że dokładnie to samo stanowisko przez lata zajmowała jej matka, Danuta Sorbian, jedna z najbardziej wpływowych postaci w urzędzie, była zastępczyni dyrektora i wieloletnia naczelniczka. Pracownicy mówią wprost: to symbol "dziedziczenia stanowisk".

Z ustaleń "Wyborczej" wynika, że wpływy rodziny Sorbian nie kończą się na USC. Siostra Karoliny, Patrycja Sorbian-Osuch, od lat pełni funkcję zastępcy dyrektora Biura Zarządzania Zasobami Ludzkimi w warszawskim ratuszu. W Stołecznym Centrum Bezpieczeństwa pracuje jej siostrzeniec, a w USC zatrudniony jest także były szwagier.

Ludzie z Pruszkowa trafili do Warszawy

Do warszawskiego ratusza trafiła też siostra byłego prezydenta Pawła Makucha. W Pruszkowie odpowiadała za promocję miasta, a w Warszawie dostała stanowisko starszego inspektora w Biurze Zarządzania Zasobami Ludzkimi. Pracownicy mówią o "desancie Pruszkowa" do stołecznych struktur.

Według rozmówców gazety, obecna dyrektor USC Marzena Stempin i jej zastępczyni Barbara Romocka-Tyfel budowały swoje kariery jeszcze w latach 2004–2007, gdy stołecznym USC zarządzał Józef Wierzbowski, bliski współpracownik Jacka Sasina.

"Kupowałam czopki, mięso i chleb"

Była pracownica USC Natalia opowiada, że jako podinspektor była regularnie wysyłana na prywatne zakupy dla swojej przełożonej. – Kupowałam mięso, pieczywo, chodziłam do warzywniaka i apteki. Brałam leki, czopki, pampersy dla członka rodziny naczelniczki – relacjonuje. Twierdzi, że podobne sytuacje były codziennością. Inni pracownicy mieli robić kawę, załatwiać sprawy w NFZ czy składać wnioski o karty EKUZ dla dzieci przełożonych.

Ewa Danowska przepracowała w USC 21 lat. Odeszła w tym roku i opisała kulisy działania urzędu w liście do redakcji. Twierdzi, że osoby kompetentne, ale spoza układu, były blokowane, przenoszone albo pozbawiane dodatków motywacyjnych. Kilku pracowników potwierdziło, że po zgłoszeniu nieprawidłowości zaczynały się szykany.

Czytaj też:
Żurek o aferze w Szpitalu Południowym: Prokuratura nie podejmuje decyzji politycznych
Czytaj też:
Cały zarząd Szpitala Południowego odwołany

Źródło: Gazeta Wyborcza
Czytaj także