Skoczna melodia, dobrze skorelowana z początkiem cytowanej „Wojny galijskiej” Juliusza Cezara, skłania do naturalnej sympatii i podziwu dla wielkiego Rzymianina, a następnie w całej tej atmosferze erupcji glorii wymieniane są okropieństwa wojny, za które Cezar ponosi odpowiedzialność, a na które jest zupełnie obojętny, skupiając się na „ćwiczeniu lapidarności stylu”.
Mniejsza z tym, czy kontrast wywołany przez Kaczmarskiego jest nadinterpretacją historyczną, ale z pewnością był to zamierzony ze strony pieśniarza efekt, który możemy odczytać jako swoiste muzykalne reductio ad absurdum zjawiska propagandy władzy. Władza, również ta, która pisze historię, potrafi wszystko przedstawić pod postacią sukcesu i tryumfu, podczas gdy rzeczywistość bywa posępna, jeśli nie makabryczna. Muszę przyznać, że podobnego odczucia dysonansu doznałem oglądając niedawno Emmanuela Macrona imprezującego z kolegami w Pałacu Elizejskim, podczas gdy orkiestra grała całemu towarzystwu bardzo popularną we Francji adaptację „I will survive” Glorii Gaynor. Utwór ten przerobiono na hymn dla „les bleus”, francuskiej drużyny narodowej, na mistrzostwa świata w piłce nożnej w 1998 r., które zresztą Francja wygrała. Stąd „I will surive” stała się melodią zwycięstwa.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.