Stop rusyfikacji Polski
  • Maciej PieczyńskiAutor:Maciej Pieczyński

Stop rusyfikacji Polski

Dodano: 29
Prezydent Rosji Władimir Putin
Prezydent Rosji Władimir Putin Źródło: PAP/EPA / Sergei Bobylev
Blokowanie głosów ukrainosceptycznych w debacie i obrona racji Kremla na złość Ukrainie to dwie strony tego samego medalu. Dwie odsłony putinizacji Polski. Równie niebezpieczne, co głupie.

Oczywiście, mowa o skrajnościach. Są to jednak skrajności bardzo głośne. Jedni chcą być bardziej ukraińscy niż Ukraińcy. Drudzy twierdzą, że są propolscy, choć tak naprawdę są przede wszystkim antyukraińscy. Obie grupy kierują się emocjami. Przy czym, ta pierwsza przynajmniej się tego nie wstydzi. Bo ci, którzy najchętniej wyrzuciliby z kraju wszystkich, których uważają za „ruską agenturę”, często przyznają, że powodem ich nienawiści są obrazy putinowskich zbrodni wojennej. Za to ci drudzy wolą zasłaniać się „zimnym realizmem”, choć wystarczy bliżej im się przyjrzeć, żeby dostrzec zwierzęcą nienawiść do „banderowców”. Nieprzypadkowo używam cudzysłowu – owi „realiści” bowiem nie odróżniają współczesnej Ukrainy od OUN czy UPA. Choć jednocześnie ten sam „Bandersztat” uważają za tęczową agenturę zgniłego Zachodu… Niemniej, obie grupy, mniej lub bardziej świadomie, przyczyniają się do putinizacji Polski. A ta jest o wiele groźniejsza niż ukrainizacja.

Pierwsza grupa robi to raczej z głupoty. Absolutnie rozumiem emocje, pojawiające się na widok dowodów bestialstwa rosyjskiego w Buczy czy Irpieniu. Ale pomiędzy moralnie słusznym potępieniem dla zbrodni wojennych, a żądaniem cenzurowania tych, którzy krytykują nie tyle samą pomoc dla Ukrainy, co jej skalę, jest subtelna różnica. Głosy tych ostatnich pojawiają się często na łamach tygodnika „Do Rzeczy”. Ale obok nich występują również opinie im przeciwne. Po prostu „Do Rzeczy” od wielu innych mediów różni się wolnością debaty. Niemniej, już sam fakt pojawienia się głosów sceptycznych wobec nadmiernego zaangażowania się po stronie Ukrainy, wywołał wściekłość wielu domorosłych cenzorów. Jedna z użytkowniczek Twittera publicznie stwierdziła nawet, że tygodnikiem powinny zająć się „odpowiednie służby”. Czyli de facto ujawniła się jako zwolenniczka putinizacji Polski. Bo przecież walka z wolnymi mediami to jeden z fundamentów putinowskiego totalitaryzmu. Wolność słowa powinna jednak odróżniać świat zachodni od rosyjskiego. Oczywiście, gdyby ktoś otwarcie i jednoznacznie nawoływał np. do sojuszu z Rosją i rozbioru Ukrainy, musiałby zwrócić uwagę tych, którzy odpowiadają za bezpieczeństwo kraju. Ale rugowanie z debaty jakichkolwiek głosów krytycznych wobec Ukrainy to absurd. Czasem po prostu Polacy chcą być bardziej ukraińscy niż Ukraińcy.

„Ruską onucą” zostałem nawet wtedy, gdy opisywałem polityczne spory nad Dnieprem. Spory, które nagłaśniane były nawet przez ukraińskie media głównego nurtu. Media, którym patriotyzmu i niechęci do Rosji odmówić nie sposób. „O Ukrainie albo dobrze, albo wcale” – tak można podsumować opinie proukraińskiej szurii. Opinie, często wzmacniane typową polską rusofobią. Paradoksalnie, ta rusofobiczna mania proukraińskich szurów sprawia, że pod względem sposobu myślenia niewiele różnią się oni od szurów prorosyjskich.

I to właśnie tym ostatnim poświęcę kolejną część tekstu. Nie, nie chodzi mi nawet o posła Brauna, którego wypowiedź została wykorzystana przez rosyjską propagandę. Chodzi o tych uczestników debaty, którzy w swojej ukrainofobii zapędzili się daleko poza granice logiki i zdrowego rozsądku. Pojawiają się głosy, w myśl których to Rosja ma w tym konflikcie rację. Bo bije banderowców. Bo walczy z zachodnim liberalizmem. Bo Ukraina to forpoczta globalizmu. Bo referenda to wyraz prawa do samostanowienia narodów. Bo Rosja tak naprawdę się broni przed agresją banderowców/faszystów/gejropy, jak zwał, tak zwał. Generalnie, że się broni.

Wszystkie te mity można z łatwością obalić. Po pierwsze, zrównywanie współczesnych Ukraińców z banderowcami jest objawem antyukraińskiej obsesji, emocjonalnego uzależnienia od historii. Nie ma nic wspólnego z tak często w podobnych środowiskach hołubionym realizmem politycznym. Realizm nakazuje powstrzymywanie rosyjskiego imperializmu, nie zaś ukraińskiego nacjonalizmu, bo ten pierwszy jest zwyczajnie dziś groźniejszy. Nawet elementy symboliki, nawiązania do UPA, nie mają nic wspólnego z żadną antypolską ideologią. To symboliczne narzędzia walki z Rosją.

Po drugie, obraz Rosji jako przedmurza konserwatyzmu na wojnie z liberalizmem to wędka, na którą Putin łowi naiwniaków na Zachodzie. Rosyjski tradycjonalizm jest inny niż ten polski czy zachodni, o czym pisałem wielokrotnie, więc nie będę się w tym miejscu powtarzać. Zauważę tylko jedno: oczywistym elementem konserwatyzmu jest patriotyzm, czyli potrzeba obrony niepodległości i integralności terytorialnej. Z tej perspektywy mocarstwo, depczące czyjąś niepodległość i integralność terytorialną całkiem niedaleko naszych granic, nie powinno być dla nas jakimkolwiek pozytywnym punktem odniesienia, a raczej potencjalnym zagrożeniem. Oczywiście, można to odwrócić i zachwycać się rosyjskim ekspansjonizmem, „zbieraniem ziem utraconych”. Ale jeśli ktoś dziś w Polsce marzy o tym, by odzyskać Lwów tak jak Rosja odzyskuje Donieck czy Chersoń, to najdelikatniej rzecz ujmując nie świadczy to dobrze o jego relacjach z rzeczywistością.

Po trzecie, szermowanie hasłem o samostanowieniu narodów jest wyrazem naiwności albo dowodem na wyrachowaną prorosyjskość szermującego. Bo przecież nie ma mowy o żadnym „narodzie”. W 2014 r. jeszcze taka argumentacja miała mocne podstawy. Widać było spore poparcie społeczne dla separatyzmu. Zwłaszcza na Krymie.

Ale po 24 lutego 2022 r. sytuacja jest całkowicie odmienna. Rosjanie nawet nie próbowali stworzyć pozorów podobnego poparcia. Żaden separatysta nie zaprosił „wyzwolicieli”. Kolaboranci ujawnili się dopiero po zajęciu danych terenów. Zamiast masowych wieców poparcia dla Moskwy, jak to miało miejsce na Krymie, ulicami okupowanych miast przechodziły demonstracje proukraińskie. Jeśli to było samostanowienie, to narodu rosyjskiego na ziemi ukraińskiej. Po czwarte, Rosja nie broni się przed żadną ekspansją. Nie przedstawiła żadnych dowodów na to, że Ukraina czy też NATO chciały ją napaść przed 24 lutego. A jeśli nawet Kijów zamierzał zaatakować Krym czy Donbas, to miał do tego pełne prawo – bo przecież nikt nigdy okupacji tych terenów w 2014 r. nie zalegalizował. Jeśli Rosja czegoś broniła, to swojego mocarstwowego statusu. I te wszystkie argumenty nie są wyrazem „proukraińskich emocji” czy „banderowskiej ideologii”, tylko zdrowego rozsądku i realnej oceny faktów. Ukrainie możemy bardzo wiele zarzucić, od polityki historycznej po blokowanie tranzytu polskich towarów przed wojną. Ale te wszystkie grzechy Kijowa nie mogą nam przeszkadzać w zauważaniu oczywistych faktów. A te są następujące: Rosja napadła Ukrainę, nie odwrotnie; Rosja jest agresywnym państwem imperialnym; Polska traktowana jest w Moskwie jako wróg.

A zatem stop rusyfikacji Polski. Nie przejmujmy rosyjskich standardów cenzury ani rosyjskiego punktu widzenia na geopolitykę. Pierwsze prowadzi do totalitaryzmu, drugie – do utraty kontaktu z rzeczywistością.

Źródło: DoRzeczy.pl
 29
Czytaj także