Alarm w Przewodowie
  • Marek JurekAutor:Marek Jurek

Alarm w Przewodowie

Dodano: 4
Przewodów, zdjęcie ilustracyjne
Przewodów, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Wojtek Jargiło
Eksplozja na Lubelszczyźnie nastąpiła w momencie, gdy do wojny zaczęliśmy się już przyzwyczajać. W dramatyczny sposób przypomniała, że cała tragedia ukraińskich żołnierzy umierających pośród jesiennych słot, tragedia ich żon i dzieci zamarzających w nieogrzewanych blokowiskach, toczy się w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. I że żywioł trwającej od miesięcy wojny może nas uderzyć nawet wtedy, gdy nikt do tego świadomie nie będzie dążył.

Zaraz po wybuchu rakiety prezydent Biden nie tylko nie zadeklarował gotowości proporcjonalnej reakcji, lecz także już w punkcie wyjścia uznał, że „z punktu widzenia trajektorii jest mało prawdopodobne, że rakieta została wystrzelona z Rosji”. Te balistyczne rozważania zaprezentował, gdy nie było jeszcze jasne, kto rakietę wystrzelił, choć było absolutnie pewne, że nie spadłaby nigdy po polskiej stronie granicy, gdyby nie najbardziej masowy atak rakietowy na Ukrainę od początku wojny na obiekty niemilitarne znajdujące się względnie blisko naszego terytorium, a daleko od linii frontu. Po wybuchu jednak taki ton oskarżeń natychmiast przygasł. Przywódcy Zachodu stanęli bowiem wobec ogłuszającego pytania: Co poczną z traktatowymi zobowiązaniami, jeśli – choćby przypadkowo – rosyjskie pociski spadną na państwo należące do NATO?

Prezydent USA wolał więc od razu publicznie zasugerować, że jest bardzo „prawdopodobne”, że rakieta została wystrzelona przez Ukraińców, niż stworzyć choćby wrażenie, że Amerykanie przygotowują czy rozważają militarną odpowiedź. Krótko mówiąc, po wybuchu w Przewodowie pierwszym, niejako urzędowym, odruchem prezydenta USA była ostrożność. Naturalny skądinąd odruch przywódcy odpowiadającego za bezpieczeństwo narodowe i pokój globalny.

Jutro jest już jutro

Warto mieć świadomość tego, jak bardzo polskie podejście do wojny różni się od kluczowych państw przymierza atlantyckiego. Wojnę potraktowaliśmy nie jako problem wymagający przemyślanej odpowiedzi, ale jako konkurs o tytuł najbardziej zaangażowanego państwa Zachodu.

Widać to było nie tylko w planie militarnym. Prawie dwa tygodnie przed wybuchem działań wojennych, gdy Amerykanie, Francuzi, Niemcy dwoili się i troili, by do wojny nie doszło, i gdy Polska obejmowała przewodnictwo w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (a minister Rau wybierał się z tego tytułu do Moskwy), nasze władze w kraju zapowiedziały, że przygotowujemy się na przyjęcie uchodźców wojennych, co w chwili wybuchu wojny jeszcze wzmocniono deklaracją, że jesteśmy do tego „w pełni przygotowani”.

Cały artykuł dostępny jest w 48/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

 4
Czytaj także