Rok temu rozbłysnął on w polskich serwisach informacyjnych za sprawą zatrzymanego tam polskiego podróżnika. Gdy incydent ten doczekał się szczęśliwego zakończenia, Demokratyczna Republika Konga znów pogrążyła się w ciemnościach, których jest poniekąd jądrem
W zasadzie to są dwa Konga, małe i duże. To pierwsze jest byłą kolonią francuską, to drugie – belgijską, choć początkowo było prywatną własnością belgijskiego króla zbrodniarza Leopolda II. Oba wzięły swoją nazwę od rzeki Kongo, drugiej pod względem długości w Afryce. O ile ujście Konga, wpływającego do Atlantyku, jest niewątpliwie w Afryce Zachodniej, o tyle jeszcze w połowie XIX w. tacy odkrywcy jak David Livingstone sądzili, że niektóre rzeki, które okazały się ostatecznie dopływami Konga, zasilają Nil. Prawdę odkrył dopiero brytyjsko-amerykański badacz i wojskowy Henry Stanley, którego trwająca 999 dni ekspedycja rozpoczęła się w Zanzibarze, czyli nad Oceanem Indyjskim, a skończyła u ujścia tej rzeki nad Atlantykiem. Był rok 1877, a Stanley przeżył swoją wyprawę głównie dlatego, że przezornie zaopatrzył się w gigantyczny arsenał broni i trup na jego drodze ścielił się gęsto.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
