Śpieszcie się kochać rodzinę, jaka jest, bo lepszej mieć nie będziecie. Taki morał płynie z nowego filmu Jima Jarmuscha.
Gdyby z identycznym przekazem wystąpił twórca mniej okrzyczany, zbyto by go wzruszeniem ramion. Jarmusch, pieszczoch krytyki, widzącej wnim epigona Nouvelle Vague, banalistą być nie może. W ojczyźnie dostąpił uznania głównie wkręgach uniwersyteckich. Resztę Amerykanów odstraszały niemrawe tempo tudzież pogarda Jima dla hollywoodzkiej estetyki. Europa mu to zrekompensowała, przyjmując kolejne dzieła z należnym szacunkiem, lecz ze słabnącym entuzjazmem. Outsider zOhio flirtował bowiem coraz śmielej z gatunkami omijanymi przez snobów. Nawet (o zgrozo!) z horrorem.
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
