Światowe Forum Ekonomiczne w Davos było dawniej miejscem, do którego można było zastosować powiedzenie, które dekadę temu z upodobaniem powtarzali entuzjaści Facebooka: „Jeżeli cię tam nie ma, to znaczy, że nie istniejesz”. Tam odbywała się ogólnoświatowa dystrybucja prestiżu. Już nie. Wydarzenie, które dawniej stanowiło szczytową emanację uroszczeń liberalnego umysłu, konsekwentnie obejmującego władztwo nad coraz to nowymi dziedzinami życia i obszarami świata, było w tym roku widownią spektakularnej porażki tego projektu. Co zabawne, stało się to za przyczyną jednego z dwóch amerykańskich prezydentów, którzy potraktowali Davos na tyle poważnie, że odwiedzili to miejsce w czasie swojego urzędowania. Pierwszym był Bill Clinton ćwierć wieku temu, który chciał podnieść swój prestiż nadwątlony aferą ze stażystką, więc przemawiał pięknie o globalizacji i światowych wyzwaniach oraz udzielił prezydenckiego prestiżu organizacji, która właśnie rosła w siłę. Drugim jest Donald Trump, który przyjechał wraz z ekipą nieuprzejmych współpracowników, aby zniszczyć liberalny porządek. Tak oto stworzona przez Europejczyków impreza rosła i upada dzięki Amerykanom.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
