Sprawa odwołania zastępcy dyrektora Departamentu ds. Równego Traktowania w KPRM ujrzała światło dzienne w połowie marca 2026 roku po publikacjach Wirtualnej Polski. Dotyczy urzędniczki, która została odsunięta od stanowiska kilka tygodni po urodzeniu dziecka. Choć formalnie nadal pozostaje pracownikiem KPRM, sama zainteresowana przekonuje, że w praktyce oznacza to brak realnej możliwości powrotu do pracy.
Sprawę próbowała wyjaśnić Katarzyna Kotula
Po nagłośnieniu sprawy stanowisko zabrała pełnomocnik rządu ds. równości Katarzyna Kotula. Przekonywała, że urzędniczka nie została zwolniona, a jedynie odwołana z funkcji, zachowuje wszystkie prawa pracownicze i może wrócić do pracy. Tę narrację zdecydowanie kwestionuje Milena Adamczewska-Stachura, która po raz pierwszy publicznie odniosła się do sprawy. – Pojawiły się wyjaśnienia, które wprowadzają w błąd, sugerują, że problemu nie ma i że to ja nie zrozumiałam sytuacji – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską.
Jak relacjonuje, decyzję o jej odwołaniu podjęto 21 października, czyli sześć tygodni po porodzie. – W momencie końca połogu myślami jest się w zupełnie innym miejscu niż zastanawianie się nad swoją sytuacją zawodową. To było bardzo stresujące – podkreśla. Kluczowe – jak zaznacza – jest jednak brzmienie pisma, które otrzymała z KPRM. – Jest w nim jasno wskazane, że w momencie zakończenia urlopu rodzicielskiego zacznie biec moje wypowiedzenie. A kiedy okres wypowiedzenia się skończy, stosunek pracy zostanie rozwiązany – wskazuje.
Jednocześnie dokument nie przewiduje żadnej alternatywy. – W tym piśmie nie ma mowy o żadnym innym możliwym scenariuszu. Ani o tym, że mogę wrócić, ani o jakiejkolwiek rozmowie po urlopie – dodaje. – To oznacza, że de facto nie wróciłabym do wykonywania żadnych obowiązków.
"Myślę, że jedynym powodem mojego odwołania było to, że przechodząc na urlop macierzyński, blokowałam stanowisko"
Była wicedyrektor podkreśla, nie otrzymała żadnej oficjalnej propozycji powrotu do pracy, a pojawiające się w przestrzeni publicznej sugestie w tej sprawie określa jako "niepoparte niczym". Adamczewska-Stachura podkreśla przy tym, że nigdy nie usłyszała zarzutów dotyczących swojej pracy. – Myślę, że jedynym powodem mojego odwołania było to, że przechodząc na urlop macierzyński, blokowałam stanowisko. Całą sytuację ocenia jednoznacznie. – To brak poszanowania praw pracowniczych, który nosi znamiona dyskryminacji ze względu na płeć – podkreśla. Szczególny kontekst – jak zaznacza – stanowi fakt, że sprawa dotyczy departamentu odpowiedzialnego za równe traktowanie. – Myślałam, że jest to miejsce, w którym takie historie po prostu nie mogą się wydarzyć – mówi.
Urzędniczka nie ma też wątpliwości co do swojej sytuacji zawodowej po zakończeniu urlopu. – Nie mam żadnej gwarancji, że kiedy skończę urlop rodzicielski, to stanowisko będzie dalej wolne – podkreśla. – Jako prawniczka działająca na rzecz równego traktowania muszę postarać się o to, by takie historie się nie powtarzały – zaznacza.
Czytaj też:
Urzędy mają uznawać "małżeństwa jednopłciowe". Minister: Mały krokCzytaj też:
Czarnek kpi z Kotuli. "Wolę być chamem niż imbecylem"
