Jego „Kamień na kamieniu” obwołany został arcydziełem jeszcze przed publikacją. Wyróżnionymi Nagrodą Nike „Widnokręgiem” i „Traktatem o łuskaniu fasoli” ugruntował swą wyjątkową pozycję w literaturze polskiej. Ściślej – na jej Olimpie.
Rzeczywiście, uchodził za Wielkiego Olimpijczyka naszego piśmiennictwa, ale zapamiętałem go także z sytuacji zgoła niekoturnowych. Jak z pewnego wieczoru spędzonego jakoś tak w okolicach Wielkanocy w restauracji w Elblągu, gdy po wieczorze autorskim przy kolacji zafundował mi regularny wykład o rodzajach żurów i zakwasów. Gdy wyraziłem swój podziw dla jego wiedzy w tej materii, odrzekł, że największym autorytetem w podobnych kwestiach jest jego żona (był z nią w związku małżeńskim aż 77 lat) i to do niej odwoływał się w sporach toczonych na takie tematy z np. Wojciechem Siemionem, też nielichym znawcą tematu – przyznawał. A już z nieskrywanym zdumieniem przyjął Myśliwski wiadomość, że nie jadałem nigdy kiszonych grzybów, co więcej, nie słyszałem nawet o podobnych specjałach. Coś podobnego!
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
