Kto nie przeżył, nie pamięta – ja wciąż wspominam, jak wielkim szokiem było pojawienie się w księgarniach książki, a w kinach filmu „Milczenie owiec”. Nawet niemal dekadę później, gdy w Radiu Plus trafiłem do pokoju z doborową załogą (Staszek Klawe, Andrzej Paulukiewicz, Paweł Zuchniewicz), toczyły się tam dyskusje na temat przesłania powieści Thomasa Harrisa i zaszytej w niej symboliki chrześcijańskiej. No i spór: czy Harris przekręca, wyszydza i dekonstruuje czy raczej pozostaje wewnątrz chrześcijańskiego paradygmatu.
Dzisiaj „Milczenie owiec” (1991) w reżyserii Jonathana Demme’a obejrzeć mogą na dużym ekranie ci, którzy znają ten film jedynie z telewizora. Wciąż robi niezwykłe wrażenie, a zapewniam, że gdy trafiał na polskie ekrany w styczniu 1992 r., było ono jeszcze większe. Raz na jakiś czas udaje się w Hollywood sztuka niezwykła – wśród rutynowo produkowanej masówki pojawia się film, który pozostając wielkim komercyjnym hitem, staje się jednocześnie dziełem obsypywanym nagrodami, w dodatku stając się potem przedmiotem rozlicznych naukowych analiz.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
