Pierwszym atutem jakim dysponuje państwo są Siły Zbrojne z przyległościami, czyli „hard power”. Dziedzictwo kulturowe, osiągnięcia naukowe, innowacyjna gospodarka czy sprawna administracja to łagodne środki perswazji – „soft power”. Są wreszcie instytucje, które finezyjniej niż "Apache" i mniej subtelnie niż nokturny Chopina odstraszają przeciwnika i monitorują jego zamiary. To tajne służby, które ze względu na metody działania można określić mianem „smart power”. W Polsce zwie się je "specjalnymi", co wskazuje na nadzwyczajność tego segmentu administracji. Żadna regulacja nie precyzuje, czym są i do czego służą. Przyjęto zatem, że to część aparatu państwa, realizująca szczególne zadania przy użyciu unikatowych kompetencji i specyficznych narzędzi. Wystarczy jednak pobieżna lektura ustaw, regulujących funkcjonowanie wszystkich pięciu służb, aby przekonać się, jak zawodna jest w tym przypadku intuicja i jak nietrafione są rachuby, dot. roli tego "podziemnego państwa".
W porównaniu z innymi, polskie służby są pod wieloma względami faktycznie wyjątkowe. Ich misja wykracza daleko poza przyjęte dla tego typu instytucji standardy. Trudno sobie wyobrazić urzędnika niemieckiego Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji, który prowadzi sprawę operacyjnego rozpoznania na nieuczciwego przedsiębiorcę z Turyngii, wyłudzającego zwrot podatku VAT. Na Rakowieckiej była to norma. Na obraz i podobieństwo PRL, część służb III RP to organy ścigania, takie same jak np. Żandarmeria Wojskowa czy Straż Graniczna. Ta tradycja pozycjonuje je w światowej awangardzie. Równie pionierska jest pragmatyka służbowa. Eklektyczne tutti frutti – labirynt dla kadr i szarada dla obcych wywiadów.
Apolityczność, czyli pożądana bezstronność naszych służb to projekt bez planu, a taki zawsze kończy się katastrofą. Od kiedy partyjne elity doszły do wniosku, że niezawodną bronią w walce o władzę jest oskarżanie przeciwników o agenturalność, służby musiały wpisać się w kontekst politycznego MMA. Podobnie w przypadku zadań z zakresu ochrony ekonomicznych interesów państwa, które systematycznie zwiększało swoją obecność w gospodarce. Jej przejawem są kumple i kuzyni w państwowych spółkach i przedsiębiorstwach. Gdy któryś z nich uzyska w ABW status figuranta to służba nolens volens bierze udział w politycznych potyczkach, tyle że w ramach jednego obozu.
Podobnie jak w konfrontacji z polityką, służby okazały się bezbronne w obliczu biurokracji. Od wielu lat przy topniejącym stanie etatowym systematycznie rośnie liczba komórek organizacyjnych. W efekcie to jednostki, składające się właściwie wyłącznie z funkcyjnych. To ułatwia zarządzanie, ale utrudnia rozpoznanie. Autonomizacja, pretekstem której była specjalizacja wymusza koordynację. Klasyka biurokracji.
W rezultacie rosnącej liczby samych służb brakuje rąk, a właściwie głów do pracy. Były dwie jest pięć, ale gdyby dodać KAS i SOP, co jest uprawnione, to mamy ich siedem. Wynik to pierwsza w historii polskich służb próba werbunku personelu w sieci. W czerwcu br. ABW opublikowała ogłoszenie o rekrutacji do służby w pionach operacyjnych, w tym w kontrwywiadzie. Podobno pierwsze logowania do aplikacji odnotowano z komputerów Tomasza Piątka i Grzegorza Rzeczkowskiego, którzy już od dekady ochotniczo, choć niebezinteresownie tkwią w okopach hybrydowej wojny pozycyjnej.
W Polsce na służbach zna się prawie każdy. Wyżej wymieniony duet to forpoczta mrowia ekspertów. Jest ich już więcej niż samych funkcjonariuszy. Dla służb nie stanowią problemu. Niestety Minister Koordynator traktuje ich halucynacje całkiem serio. W roku 1938 amerykańska stacja CBS relacjonowała na żywo spektakl "Wojna Światów". Część słuchaczy uwierzyła wówczas w inwazję Marsjan, co wywołało powszechną panikę. Aby temu zapobiec ABW powinna rozważyć ukadrowienie wspomnianych amatorów kontrwywiadu.
W oryginalny sposób w Polsce traktuje się także ochronę informacji niejawnych. To także domena tajnych służb. Ustawa regulująca tę kwestię jest archaiczna i dziurawa. Około 35 tys. urzędników, mających dostęp do tajemnic pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą. Jednocześnie jak Polska długa i szeroka pełno jest kancelarii tajnych, w których, od lat nie było ani jednego klauzulowanego dokumentu. Restrykcyjne procedury certyfikacji nie uwzględniają sytuacji wyjątkowych. Zatem w przypadku konfliktu zbrojnego nawet Pani "Safe" (obecnie pełnomocnik ds odporności i sytuacji nadzwyczajnych) nie zdoła zamówić brakujących dronów, bo ich wytwórca nie dostanie na czas świadectwa bezpieczeństwa przemysłowego.
Służba Wywiadu NRD (HVA), stanowiąca część złowieszczej Stasi odesłała do narożnika dwóch niemieckich kanclerzy. Agenci Markusa Wolfa byli niezwykle skuteczni. W roku 1990 nie przyszło jednak nikomu do głowy, żeby zjednoczone Niemcy skorzystały z ich usług. W III RP zastosowano nowatorskie rozwiązanie. Zlikwidowano SB, ale zostawiono esbeków.
I jeszcze coś o nieprzemijaniu. Szefem brytyjskiego wywiadu i niemieckiego kontrwywiadu są dzisiaj pani i pan, którzy rozpoczynali karierę w MI6 i BfV odpowiednio w 1997 (początek rządów Tony’ego Blaira) i w 1992 (rząd Helmuta Kohla). W naszym przypadku wystarczy, że służyłaś "za innej opcji", a właściwie " dla innej opcji" żeby pani major musiała szukać zajęcia na mieście.
Prób uporządkowania służb nie było zbyt wiele. Większość projektów skończyło w niszczarkach. Losy promotorów odnowy były podobne. Aparat skutecznie opierał się wszelkim próbom modyfikacji. Dyżurna wymówka brzmi: nie ma klimatu politycznego. Ten, inaczej niż atmosferyczny, w tej kwestii nie zmiania się w ogóle.
Reformacja
W PRL cywilny i wojskowy aparat bezpieczeństwa miał jeden priorytet. Tropienie i ściganie wrogów marksizmu-leninizmu. Element antysocjalistyczny, jak określano opornych, podważał sojusze, kwestionował robotniczo-chłopski charakter ustroju i nawoływał do niepokojów społecznych. Był zagrożeniem egzystencjalnym i hybrydowym jednocześnie. W momencie transformacji, tajne służby komunistycznego reżimu przeszły proces niezwykłej metamorfozy. Okazało się, że służyły w nich prawie wyłącznie maszynistki, magazynierzy i malarze. Złudna weryfikacja personelu SB zakończyła się pełnym sukcesem – ustalono wyłącznie nieznanych sprawców. W "wojskówce" nie dbano nawet o takie pozory. Powstały UOP i WSI. Ponad 90 % stanu kadrowego obu służb to zrewitalizowani fachowcy, z piekła rodem. Pozostali to grupka entuzjastów, często z doświadczeniem w niepodległościowym podziemiu. W wyniku politycznie klepniętej decyzji o makijażu przypudrowano świnię, która okazała się niezwykle żywotna. Nawet pomysłodawcy nie nazwali tej przemiany "reformą służb". Skopiowano strukturę, nomenklaturę, pragmatykę, tryb szkolenia, formy pracy oraz filozofię działania. Zastosowano opcję zerową, czyli zero zmian. Wojskowi okazali się bardziej szczwani, gdyż WSI, pomimo, że funkcjonowały właściwie "bez papierów" osiągnęły prawie pełnoletność. Żywot UOP skrócili ci, za których III RP dała głowę. W ramach odwetu za dyskomfort, towarzyszący weryfikacji przeprowadzili czystkę, zwalniając ponad 400 funkcjonariuszy nowego zaciągu. Postkomuniści nie podnieśli ręki na WSI. To działanie ze wszech miar racjonalne, bo w służbach wojskowych, od 1989 roku nie wydarzyło się nic, co mogłoby budzić ich niepokój. Przebój Scorpions "Wind of Change" na Oczki był zakazany. Stan rozliczeń z przeszłością: 1:1 do przerwy. W drugiej połowie siły reakcji, już bez kokieterii i traumy z poprzedniej adaptacji ugruntowały swoją przewagę na boisku.
Kapitalizm, z którym z taką determinacją walczyli Dukaczewski i reszta, poczynił szybkie postępy. Zadania służb uzupełniono o komponent ochrony ekonomicznych interesów państwa. W praktyce była to najpierw tzw. przestępczość zorganizowana, do której dokooptowano cały konglomerat zagadnień z obszaru przestępczości gospodarczej.
Petryfikacja starego porządku była początkiem trwającego do dzisiaj procesu gloryfikacji czynowników aparatu przemocy PRL. Awanse, stanowiska, medialna adoracja, szlify generalskie – III RP, czym mogła chciała zrekompensować ich znój i odwagę. Raz na jakiś czas chciano ich dezubekizować, ale "nie z nami takie numery". Skoro wręczono im świadectwa moralności z biało-czerwonym paskiem to są nietykalni. Operacja "Samum" trwa i trwać ma.
Tkanka biurokratyczna, z której zbudowane są narządy państwa jest podatna na rozciąganie i odporna na zmiany. Służby, to przykład takiego organizmu. W okresie ostatnich dwudziestu lat, każda kolejna administracja próbowała w jakiś sposób modernizować aparat tajnych służb. To, czego nie zrobiono z "wojskówką" w 1989 roku, zrobiono w 2006. WSI rozformowano. Powstał jawny raport, tajny aneks oraz dwie nowe służby. Organizacyjnie inna jakość, kadrowo prawie status quo. Pion krajowy, któremu dodano wzorem ABW funkcje organu ścigania, oddzielono od pionu zagranicznego, a zadania w dużym stopniu powielono za służbami cywilnymi. W gruncie rzeczy likwidacja WSI była raczej rozliczeniem z przeszłością niż projektem na przyszłość.
Były dwie służby specjalne. Są cztery. Piąta to CBA. Powstałe w 2006 roku Biuro było próbą zerwania z tradycją powielania starych praktyk. Najbardziej pionierskie rozwiązanie to integracja zadań z obszaru zwalczania korupcji w jednej instytucji. Sukces okazał połowiczny, bo część tej problematyki pozostała zarówno w Policji jak i w ABW. Innowacja godna odnotowania to częściowe zerwanie z dziedzictwem peerelowskiej pragmatyki służbowej. W CBA służą funkcjonariusze – agenci, ale już bez wojskowych szarż. Zmodyfikowano instrukcję o pracy operacyjnej dopasowując ją do XXI wieku, choć jeszcze nie do epoki cyfrowej.
Ostatni projekt reformy systemu bezpieczeństwa poległ prawie osiem lat temu. Była to ambitna próba konsolidacji i integracji służb. Zakładał odejście od modelu, zaprojektowanego przez byłych funkcjonariuszy SB. Miał uprościć zarządzanie, zadaniowanie i rozliczanie. Planowano ograniczenie wpływów kasty biurokratów, zmniejszenie liczby jednostek pomocniczych i wzmocnienie kadrowe jednostek liniowych. Nie udało się. Powód to zbyt mało dobrej woli ze strony polityków i zbyt dużo złej woli ze strony tzw. mandarynów czyli kustoszy starego porządku. Postęp to podstęp.
W ten sposób polskie służby ciągle tkwią w poprzednim stuleciu. Swego czasu pojawił się nawet projekt, aby wzięły udział w Nocy Muzeów. Mogłaby to być spora atrakcja. Z minionej epoki pozostały nie tylko gmachy, ale także atmosfera, organizacja i styl bycia części funkcjonariuszy. Żeby poczuć klimat fin de siècle, w roli przewodnika wystąpiłby autentyczny "zdezubekizowany", co nie byłoby trudne, gdyż część służb ciągle korzysta z ich doświadczeń.
1001 drobiazgów
Tajne służby III RP to narzędzie wielofunkcyjne i wielozadaniowe. Ustawowy katalog powinności pozycjonuje je bliżej kompetencji organów, dbających o porządek publiczny, niż instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa. Po 1990 roku służbom systematycznie dokładano zadań, choć często była to ich własna inicjatywa. Już kilka miesięcy po utworzeniu UOP, w kontrwywiadzie powstał referacik ds. przestępczości zorganizowanej. Pretekstem były obawy, że lokalni gangsterzy skorzystają z dobrodziejstwa transformacji i zrobią skok na młode państwo. Pospolite, a czasami karykaturalne rzezimieszki z tzw. miasta "Ojca Chrzestnego" nie wiedziały nawet w kinie. Uznano jednak, że ich ściganie to zadanie dla służb specjalnych. I tak kontrwywiad równolegle z Policją penetrował kryminalne podziemie czasów sanacji. Obrót narkotykami, handel bronią, przemyt alkoholu, wyłudzenia podatku VAT, oszustwa w obrocie paliwami – wszędzie tam szukano zagrożeń dla państwa. U schyłku UOP powstał już cały departament ds. ochrony interesów ekonomicznych, których zresztą do tej pory nie zdefiniowano. Do przestępczości zorganizowanej dorzucono między innymi korupcję, nielegalny lobbing i oszustwa giełdowe. Już w ABW departament II A, bo tak go umownie nazwano, liczebnie przerósł kontrwywiad i rósł dalej. Szpiegów przemysłowo-gospodarczych ani naukowo-technicznych nigdy nie wykrył, ale to drobiazg. Teraz służby będą pilnować przetargów, kontraktów, kontrahentów, umów, dostawców i podwykonawców. Uznano, że skoro państwo stało się graczem gospodarczym to każda nieprawidłowość w tym obszarze może być próbą jego osłabienia.
Jakby tego było mało, w trosce o dobro finansów państwa, służby zajęły się także kwestiami poboru podatków. W czasach Krzysztofa Bondaryka ulubionym zajęciem ABW było ściganie nieuczciwych przedsiębiorców, głównie tych z dalekiej Azji. Również i tym razem nie chodziło o zagrożenia związane z aktywnością chińskiego wywiadu, tylko o niepłacenie na czas stosownych danin. Kontrwywiad celno – skarbowy.
Ale to jeszcze nie wszystko. Od dokonania przełomowego odkrycia, że zagrożenia są różne (w nowomowie – hybrydowe), każde nietypowe, a czasami przypadkowe zdarzenie uznano za przejaw aktywności GRU. Skoro Rosjanie "już tu są", a na dodatek pod niezliczonymi postaciami, to służby także muszą być wszędzie. Zdarzające się ze statystyczną regularnością awarie, incydenty w sieci, pożary, wypadki drogowe, bankructwa oraz głupie wpisy w mediach społecznościowych stały się przedmiotem dociekania tajnych służb. W ten sposób, ramię w ramię z OSP czy WOT, służby uczestniczą w procedurach związanych z zarządzaniem kryzysowym, szkoleniach, ćwiczeniach, symulacjach, działaniach z zakresu obrony cywilnej czy aprowizacji zapasów strategicznych. Jakiś czas temu, pułkownicy rezerwy pojawili się nawet w RCB i ostrzegają nas przed upałem, gradem i sinicami.
I to jeszcze nie koniec, bo w Polsce tajne służby, zwane w tym przypadku "instytucjami zewnętrznymi" decydują o tym, kto ma prawo czytać tajne dokumenty. To żmudna procedura weryfikacji rzetelności informacji, zawartych w ankietach-kobyłach. Świecka spowiedź. Na świecie w rolę spowiednika wciela się najczęściej urzędnik. U nas zastąpił go oficer służb specjalnych. Skąd my to znamy? W PRL paszporty też wydawali pułkownicy, a nie urzędnicy.
Wydaje się, że bardziej niż przy sprawdzaniu kto, z kim, za ile i za jaką granicą był na urlopie 13 lat temu, służby przydają się do neutralizowania tzw. ataków cybernetycznych. Jak wynika z komunikatów władz, w skali roku są ich miliony, a tropy sprawców wiodą do Petersburga. Dniem i nocą walczą z nimi służby, ministerstwa, Siły Zbrojne, NASK i parę innych formacji i instytucji. Jednak nie do końca wszystko się tu zgadza. Według Premiera, do największego napadu cyfrowego na Polskę miało dojść 29 grudnia 2025 roku. Groził nam bezprecedensowy i pełnoskalowy blackout. Do dzisiaj tą sprawą nie zajęła się jednak prokuratura, która jednocześnie skrupulatnie bada nieistniejący polski ślad w śledztwie ws. amerykańskiego skandalu Maxwell/Epstein.
Służby to nie tylko bezpardonowa walka z polimorficznym wrogiem, ale także prozaiczne decyzje administracyjne. Tylko ABW wydaje ich kilka tysięcy rocznie. Zdecydowana większość nie ma nic, albo prawie nic wspólnego z bezpieczeństwem. Urzędowe terminy to święty rytuał, więc trzeba działać bezzwłocznie. Rezydent obcego wywiadu musi poczekać w kolejce do specjalisty.
Za każdym razem, gdy służbom specjalnym dodawano niespecjalnych zadań z ich czeluści dobiegało gromkie: "Yes, we can". Niepotrzebnie. Są specjalne nie dlatego, bo mogą podsłuchiwać lub werbować agentów – Policja i Straż Graniczna robią to samo. Są specjalne, bo powinny zajmować się specyficznym, a nie każdym obszarem bezpieczeństwa państwa. Nie muszą być zatem wszędzie, ale tylko tam, gdzie być powinny.
Organy
Branżowa dyskusja o tym, jak zmodernizować służby trwa raczej z niską intensywnością, nieprzerwanie od 35 lat. Obok tzw. wyzerowania aparatu na początku ustrojowej transformacji drugim jej leitmotivem jest kwestia, czy służby powinny być organem ścigania. Soliści, to orędownicy tradycyjnych kompetencji. Ich zdaniem tajna służba to sensor, ostrzegający państwo przed intruzem. Według organistów, służba powinna intruza zatrzymać na gorącym uczynku i wydać w ręce wymiaru sprawiedliwości. Resetu służb jak wiemy nie było. W segmencie cywilnym zastąpił go restart, a w wojsku na chwilę wygaszono ekran. Konsekwencją była adopcja praktyki peerlowskiego aparatu. Działając w oparciu o zasadę legalizmu prawnego, zrewitalizowane służby muszą przestępców ścigać. To rozwiązanie unikatowe, bo w UE wśród około 50 służb państw członkowskich, tylko cztery mają podobne funkcje. Przy realizacji czynności procesowych, takich jak przeszukanie, zatrzymanie, przesłuchanie, okazanie, wizje lokalne czy przesyłka kontrolowana, służby współpracują z prokuraturą. Dwa w jednym to zawsze kompromis. Tajna służba działa w konspiracji. Ma do tego narzędzia i uprawnienia nadane w tajniejszym niż sama służba podręczniku obsługi, czyli w instrukcji o pracy operacyjnej. Zasady i tryb ścigania przestępstw reguluje zupełnie jawny kodeks postępowania karnego. Gdyby Mossad był organem ścigania, to zamiast porwać Eichmanna z Buenos Aires, izraelska prokuratura musiałaby wysłać do władz Argentyny wniosek o pomoc prawną. Zbrodniarz prawdopodobnie umarłby we własnym łóżku.
Gdy figurant, czyli cel tajnego rozpracowania zmienia status na podejrzanego, to może korzystać z wielu dobrodziejstw, przewidzianych we wspomnianym KPK. González vel Rubcow, nielegalny szpieg klasy "Giacomo Casanova", zapoznał się z plikiem ABW na swój temat. Sprawny pełnomocnik oskarżonego o terroryzm mógł składać wnioski do sądu, aby ten wezwał na świadka funkcjonariuszy, prowadzących obserwację terrorysty lub podsłuchujących jego rozmowy. Do tej pory nawet ich małżonkowie nie wiedzieli, co oni na tej Rakowieckiej właściwie robią.
Według organistów, służba bez uprawnień policyjnych, to jak diagnoza bez leczenia. Takie podejście wymusza funkcjonowanie w jednym organizmie dwóch, z natury zupełnie różnych komórek. "Operacyjnych", od tzw. "śledzi" czyli funkcjonariuszy realizujących czynności procesowe, różni wszystko. To dwa różne żywioły. Organiści na to: a FBI? Faktycznie, amerykański model łączy te dwie domeny, ale Federalne Biuro Śledcze było od zawsze integralną częścią amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Ani ABW ani SKW organizacyjnie nic wspólnego z segmentem państwa, odpowiedzialnym za ochronę porządku prawnego nie mają. Śledztw, w sprawach dot. udziału w obcym wywiadzie czy prób obalenia porządku konstytucyjnego jest jak na lekarstwo. Przez ostatnie 30 lat było ich kilkanaście, a prawomocnych wyroków zapadło tylko kilka. Pomimo tego, piony śledcze w służbach muszą działać w trybie "standby", co oczywiście kosztuje krocie. Tym bardziej, że "śledzie" jako wyodrębnione wydziały, funkcjonują we wszystkich jednostkach terenowych tajnych służb. A takie MI5 nie tylko, że nie może nikog zatrzymać, to na dodatek nie ma ani jednej delegatury.
"Śledzie" w służbach stanowią oddzielny ekosystem. Tworzą go jednostki postępowań karnych. To one realizują czynności procesowe oraz zabezpieczają dowody przestępstw. Procesowcy powinni posiadać odpowiednie wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie. "Piątkarze" to w ABW oddział agencyjnych komandosów. Musi mieć profesjonalny sprzęt, bieżące szkolenia, strzelnice i specjalne obiekty, aby doskonalić swoje umiejętności w takim obezwładnieniu Rubcowa, aby ten nie zdążył połknąć miłosnego maila. Do tego dochodzą specjalistyczne laboratoria (także mobilne), gdzie bada się, porównuje i waloryzuje zabezpieczone w trakcie czynności procesowych ślady i dowody.
Śledztwa prowadzone są pod nadzorem prokuratora. Chociaż to cywil, on tu dowodzi. Przy tej okazji "tip" dla dziennikarzy śledczych i ekspertów od służb, którym zawsze się miesza operacyjne z procesowym. ABW nigdy nikogo nie zatrzymywała, bo tak chciała. O tym zawsze decyduje prokurator, więc wszelkie pytania do Min. Tomasza Siemoniaka, dot. postępów w sprawie są nie na miejscu. On już tu na szczęście niczego nie koordynuje.
Funkcje policyjne służb to spuścizna po PRL. Fakt, że tajna służba to nadal organ ścigania rzutuje na filozofię jej działania. Już na bardzo wstępnym etapie rozpoznania, trzeba brać pod uwagę możliwość, że sprawa może skończyć się w sądzie. Służby od wielu lat ewoluowały właśnie w tym kierunku. Ilustrowały to zaciągi do służb funkcjonariuszy policji, prokuratorów i śledczych z innych formacji mundurowych. Wzorem CBA tak modyfikowano wewnętrzną strukturę, aby organizacyjnie scalić komórki operacyjne ze śledczymi. Miało to zbliżyć ABW do realizacji american dream o FBI. Nie udało się, choć w pewnym momencie na Rakowieckiej mówili, że są w jakimś stopniu ekspozyturą prokuratury.
Bywa, że prokuratury nadużywają policyjnych uprawnień tajnych służb, zlecając im prowadzenie czynności w sprawach, nie mających nic wspólnego z ich ustawowymi kompetencjami. Tak stało się np. w przypadku afery podsłuchowej i piramidy finansowej "Amber Gold".
Nasze służby zatem bardziej zwalczają i ścigają niż rozpoznają i informują. "Aresztowany przez ABW " to dobry news dla Premiera, bo ten woli pasek publicznej TV o tzw. realizacji, niż tajną notatką w gabinecie. Aby nie zawieść oczekiwań szefa rządu, służby kombinują jak zatrzymać, a nie jak pozyskać informację. Taki stan rzeczy sprzyja upolitycznieniu służb, bo policyjny wymiar ich aktywności, to namacalny dowód sprawności aparatu. Po pięciu latach czynności procesowych i sądowych batalii, które z trudem rozstrzygnęły, czy aktywność podejrzanego na "X" to dezinformacja, prowokacja, czy działalność agenturalna, oskarżony dostanie pięć miesięcy w zawieszeniu. Ale dziś to sensacja, elektryzująca nawet flegmatycznego Siemoniaka.
Fuzja
Zamachy terrorystyczne na World Trade Center i Pentagon powiodły się między innymi dlatego, bo w Stanach Zjednoczonych było za dużo służb. Pomimo, że wiele z nich dysponowało cząstkową wiedzą o zbrodniczym spisku komanda Chalida Szejka Mohammada, to nie były w stanie na czas się porozumieć. Neonazistowskie trio "NSU", które w latach 2000-2007 dokonało kilkudziesięciu krwawych mordów i zamachów na terenie RFN, było skuteczne z tego samego powodu. Podobnych przypadków jest wiele. W Polsce aż tak źle nie jest, ale liczba formacji, odpowiedzialnych za jakiś fragment bezpieczeństwa rośnie. Koniec PRlu przyniósł nieoczekiwaną rewitalizację komunistycznego systemu aparatu bezpieczeństwa. "Zieloni" przeprowadzili specjalną operację wojskową, w wyniku której z WSW oraz Zarządu II WP powstała WSI. Pułkownicy b. SB pozazdrościli wojskówce odporności na wirusa wolności i w ramach akcji odwetowej za weryfikację skasowali rachityczny UOP. Aby utrwalić władzę postkomunistów, w aparacie powołano dwa całkiem odrębne urzędy czyli ABW i AW. WSI utrzymywało swoje pozycje aż do 2006 roku. Wzorem cywilnych powstały wówczas dwie wojskowe służby tj. SKW i SWW. Mieliśmy już zatem cztery służby, co oznaczało konieczność ich synchronizacji w postaci rządowego Koordynatora. Późniejsze zmiany były już trochę mniej spektakularne i polegały na dozbrojeniu istniejących formacji w dodatkowe kompetencje, w tym do pracy operacyjno – rozpoznawczej. Tak stało się w przypadku BOR "plus" czyli SOP, a nawet SOK i SW. Każdy resort chciał mieć swoją służbę specjalną. Jeden z przykładów to KAS "Pancernego Mariana", który prowadzi wywiad skarbowy metodami znanymi z powieści Johna Le Carré.
To jeszcze nie wszystko. W wielu spółkach skarbu państwa powstały komórki ds. bezpieczeństwa, czyli tzw. korpokontrwywiady, zasilone funkcjonariuszami instytucjonalnych kontrwywiadów. Do częściowo uspołecznionej gospodarki, służby oddelegowały swoich przedstawicieli. Nic o was bez nas. Dotyczy to w szczególności przedsiębiorstw, funkcjonujących w obszarze tzw. infrastruktury krytycznej, co w Polsce może oznaczać właściwie wszystko – od ubezpieczeń na życie aż po nawozy sztuczne.
Gdy cyfrowa przestrzeń stała się areną zmagań SIGINTów obcych wywiadów, administracja musiała zareagować. W wielu resortach powstały cyfrowe reduty obronne, które dzisiaj już nawet trudno policzyć i jeszcze trudniej ustalić, kto tym dowodzi, bo raczej nie Minister Gawkowski.
Nasycenie administracji służbami lub produktami służbopodobnymi może jeszcze trochę potrwać. Mityczna reforma służb już w niedalekiej przyszłości może przynieść pomnożenie tego dobra. Do istniejącego arsenału „smart power” planuje się dorzucić służby: tylko od bezpieczeństwa gospodarki, tylko od zwalczania zagrożeń w sieci, tylko od ochrony tzw. infrastruktury krytycznej i tylko od wydawania i zabierania poświadczeń bezpieczeństwa. Gdyby ta kombinacja operacyjna się powiodła mielibyśmy już dziesięć tajnych służb, co niechybnie przełoży się na potrojenie liczby koordynatorów.
Na razie mamy ich tylko dwóch. Mamy tylko pięć ośrodków szkoleniowych dla służb. Taką samą liczbę gabinetów szefów, departamentów kadr, biur prawnych, administracji, finansów, analiz oraz jednostek branżowej służby zdrowia czy komórek analitycznych. Mnogość oznacza dublowanie zadań, co wynika wprost z ustaw, regulujących pracę poszczególnych służb. Rozpoznają i ścigają prawie dokładnie to samo. Dwóch koordynatorów nie oznacza braku innych podmiotów, chętnych do harmonizowania i zadaniowania. W sumie jest ich sześć i tylko patrzeć jak powstanie coś do synchronizowania pracy gremiów koordynujących.
Wszystko to dzieje się w epoce powszechnego usieciowienia, a co za tym idzie turbo globalizacji. Zagrożenia od co najmniej dekady są transgraniczne. Ani terrorystów, ani wrogich wywiadów, ani handlarzy bronią, ani tym bardziej cybernetycznych sabotażystów nie mogą skutecznie rozpoznawać odseparowane organizacyjnie i formalnie instytucje. Globalizacja zagrożeń powinna oznaczać integrację instytucji, odpowiedzialnych za ich zwalczanie, a nie ich dalszą autonomizację. Terrorysta w Poznaniu może mieć zaplecze w Hanowerze, a sabotażysta w Białymstoku działać na zlecenie n.n. typa z Trypolisu. Można ich skutecznie namierzyć, działając wspólnie i w porozumieniu. Podobnie w przypadku ochrony kontrwywiadowczej polskich obywateli, zatrudnionych w setkach organizacji międzynarodowych, ponadnarodowych korporacjach czy podmiotach pozarządowych. Nie inaczej, gdy idzie o bezpieczeństwo polskich misji dyplomatycznych czy inwestycji zagranicznych. Gdyby jakimś cudem udałoby się powołać do życia jeden kontrwywiad i jeden wywiad byłoby to na pewno z pożytkiem dla sprawy. Na pytanie, kto tu dowodzi?, odpowiedź byłaby prostsza. Takie rzeczy już się zresztą tu i ówdzie dzieją. Ostatnio w Austrii, gdzie zunifikowano służby, powołując jedną instytucję, która łączy powinności rozpoznania zagrożeń krajowych i zagranicznych. U nas zwolennicy takiej optymalizacji systemu to mniejszewicy. Ostatnia przymiarka do jej przeprowadzenia miała miejsce w roku 2018. Niestety walka o stołki okazała się bardziej zażarta niż ta z terroryzmem.
W nadzwyczajnej sytuacji państwo potrzebuje środków przymusu bezpośredniego. Hard power czyli gąsienice i haubice bywają niezbędne. Soft power raczej zjednuje sojuszników, niż zniechęca przeciwników. Smart power, po czesku – chytra moc, to arsenał, który pomaga przechytrzyć wroga i jak przez lupę przejrzeć jego zamiary. Powinny być mobilne, elastyczne i przebiegłe, stąd często określa się je mianem intelligent services. Powinny rozpoznawać precyzyjnie określone spektrum zagrożeń, a nie wszystkie. W innym przypadku będą badać rynek kryptowalut, doglądać wykup gruntów pod lotniska lub monitorować stan psychiczny internautów. Tym zajmują się już inni. Służby wymyślono dawno temu i nie mają wiele wspólnego ani think tankiem ani z prowadzeniem dochodzeń.To krajowy i zagraniczny wywiad, wyposażony w selektywny radar i precyzyjne instrumentarium do odwracania agentów, hakowania ZBIRów, podsuwania oferentów lub plasowania nielegałów.
Płk Jacek Gawryszewski – polski funkcjonariusz cywilnych służb specjalnych w stopniu pułkownika, dyplomata. W latach 2013–2017 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w latach 2017–2024 ambasador RP w Chile.
