Do Samarkandy nie jedzie się po zwykły widok. Widok można dziś kupić wszędzie: w albumie, na ekranie telefonu, na pocztówce, w folderze biura podróży, gdzie błękit kopuł jest zawsze czystszy niż niebo, a Plac Registan pusty, jakby przez siedem wieków nikt po nim nie przeszedł, nie splunął w kurz, nie targował się, nie modlił, nie bał się władcy i nie czekał na karawanę. Do Samarkandy jedzie się po coś trudniejszego: po spotkanie z miastem, które było marzeniem wielu pokoleń podróżników, kupców, żołnierzy, uczonych i awanturników. Miastem, które z daleka błyszczy jak obietnica, a z bliska pokazuje także zmarszczki, pęknięcia tynku, zmęczenie ludzi i ciężar historii. UNESCO nazywa Samarkandę skrzyżowaniem kultur; starożytny Afrasiab istniał tu już w VII w. przed Chrystusem, a największy rozkwit miasta przypadł na epokę Timurydów, od XIV do XV w. To prawda, ale takie zdania, choć potrzebne, są martwe dopóty, dopóki człowiek nie stanie w tym świetle i nie poczuje, że „skrzyżowanie kultur” oznaczało kiedyś pot, strach, języki, pieniądze, pył, ambicję i krew.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
